Praktyczny Październik #16 – Gra w turystę

Wakacje się skończyły, dla wielu z nas najbliższy wyjazd za granicę nie wcześniej niż za kilka miesięcy. Ale czy to znaczy, że w Polsce nie można poćwiczyć języka obcego w sytuacji turystycznej? Oczywiście, że można!

Poziom: A2-B2

Sprawności: mówienie, słuchanie

Opis ćwiczenia:

Uwaga – ćwiczenie nadaje się przede wszystkim dla uczących się języka angielskiego.

Załóż plecak (najlepiej porządnie wypchany), na szyi zawieś aparat fotograficzny, a do ręki weź mapę miasta w którym mieszkasz – i ruszaj w drogę! Od tej chwili nie jesteś Polakiem wśród swoich, ale zagubionym obcokrajowcem. Zatrzymaj pierwszą lepszą osobę i spytaj się po angielsku o drogę do najbliższego sklepu spożywczego. Na przystanku autobusowym dowiedz się, którym autobusem dojedziesz na dworzec kolejowy i ile przystanków będziesz musiał przejechać. Kup w kiosku bilet, również posługując się tylko angielskim. W McDonaldzie zamów frytki i wytłumacz obsługującej Cię pani, że nie jesteś zainteresowany zestawem powiększonym. Możliwości masz nieograniczone!

W ten sposób możesz też ćwiczyć inne w miarę popularne języki: niemiecki, francuski czy hiszpański, ale będziesz potrzebował zdecydowanie więcej cierpliwości 🙂

* * *

Pełną listę pozostałych postów z cyklu Praktyczny Październik znajdziesz tutaj.

Jeśli uważasz, że ta metoda nauki może się komuś przydać, udostępnij ten post na Facebooku – wystarczy kliknąć odpowiedni przycisk poniżej. Z góry bardzo Ci dziękuję!

Chętnie poznam też Twoją opinię na temat tego ćwiczenia. Zapraszam Cię do komentowania!

6 komentarzy

  1. Pomysł fajny, ale sprawdza się raczej w większych miastach. Kiedyś z koleżanką spacerowałyśmy po naszym miasteczku i rozmawiałyśmy po angielsku. Nie było osoby, która by się na nas nie spojrzała, jak na ufoludki z innej planety ;P Było zabawnie.

  2. Bawilem sie kiedys w bialoruskiej restauracji w walijskiego biznesmena, szybko znalazlem sobie dwoch "sobutylnikow" (kompanow do butelki), ale bardzo sie rozczarowalem, gdy jeden z nich rzekl do kelnera w mojej obecnosci:
    – Ja bede zamawiac a ty wszystko pisz na jego rachunek, to Walijczyk, zaplaci.
    Spytalem go od razu, co przed chwila powiedzial, a on mi odparl:
    -det we hef very nice men from Wales- i obdarowal mnie szerokim usmiechem.
    Potem sie okazalo, ze sa to milicjanci i uznalem, ze ich szczere zwierzenia o swojej pracy siegajace nawet tajemnic panstwowych warte sa prawie dwustu dolarow rachunku. Jednak nastepnego dnia, gdy wytrzezwialem, bylem zupelnie odmiennego zdania… Na orlow jezykowych nie trafilem, wiec wydalem sporo pieniedzy za kilka godzin lamanej angielszczyzny mieszanej z rosyjskim ( musialem "udawac", ze znam troche ten jezyk, gdy rozmowa sie zawieszala) i nawet wlaczajac to co skonsumowalem – wyszlo zdecydowanie za drogo!

Komentarze zostały zamknięte.