Wybór języka do nauki

Dzisiaj opowiem Wam trochę o moich językach i o tym, dlaczego uczę się właśnie ich. Przede wszystkim jednak chcę Cię zachęcić do współtworzenia tego wpisu. Zostaw w komentarzu parę słów o sobie i o językach, które są częścią Twojego życia!

Źródło: Julia Manzerova via photopin cc

Na początek odrobina teorii (w ilościach naprawdę śladowych, obiecuję!). Otóż zastanawia mnie, czym kierują się ludzie, wybierając naukę właśnie tego a nie innego języka. Widzę trzy możliwości:

  1. Czasem po prostu konkretny język jest nam narzucany. Mówię tu przede wszystkim o szkole, bo w innych sytuacjach mamy zazwyczaj jakiś wpływ na to, czy danego języka będziemy się uczyć, czy nie.
  2. Bywa, że język do nauki wybieramy z przyczyn całkowicie praktycznych. Ten praktyczny aspekt wynika albo z okoliczności, w których się znaleźliśmy (chłopak z Hiszpanii, z którym chcielibyśmy się porozumieć w jego języku; wyjazd do Norwegii w celach zarobkowych; angielski potrzebny do czytania literatury naukowej itp.) albo z potencjalnych możliwości związanych z danym językiem (bo język jest popularny i może się przydać za granicą, przy szukaniu pracy itp.).
  3. Są wreszcie i takie przypadki, kiedy kierujemy się nie rozsądkiem, a sercem. Dany język nas po prostu zauroczył na tyle, że chcemy się go uczyć, nawet jeśli nie widzimy dla niego żadnego praktycznego zastosowania.

Jak to wygląda u mnie?

Po pierwsze angielski. Angielskiego zacząłem się uczyć z wyboru… rodziców. W podstawówce miałem tylko niemiecki, a od czwartej czy piątej klasy mama posłała mnie na prywatne lekcje angielskiego. Przypuszczam, że kierowała się względami praktycznymi, ale mnie to nie przeszkadzało, bo od razu łyknąłem bakcyla. Angielski mnie po prostu zafascynował, a ta fascynacja trwa do dzisiaj. Nie porzuciłbym go nawet, gdyby się nagle okazało, że nagle przestał mi się przydawać do jakichkolwiek praktycznych zastosowań. Co oczywiście nie zmienia faktu, że korzyści, jakie czerpię codziennie z jego znajomości, są przeolbrzymie.

Po drugie niemiecki. Niemieckiego zaczął mnie uczyć mój dziadek jeszcze w pierwszych klasach podstawówki, potem pojawił się jako przedmiot szkolny. Podobnie jak angielskiego nie wybrałem go więc świadomie. Jednak w odróżnieniu od tego pierwszego nigdy nie zapałałem do niemieckiego szczególną miłością. Odnoszę się do niego z życzliwością, może szacunkiem, ale nie nazwałbym tego gorącym uczuciem. Natomiast z praktycznego punktu widzenia znajomość niemieckiego jest oczywiście bardzo cenna. Przydaje mi się m.in. w pracy tłumacza, ale również podczas wyjazdów za zachodnią granicę.

Po trzecie esperanto. Najdziwniejszy punkt na mojej liście, ale jednocześnie moja wielka miłość. Nauczyłem się go sam, z nieprzymuszonej woli, kiedy chodziłem do liceum. Był to jeden z wielu języków, za których samodzielną naukę się zabierałem, ale jedyny, w którym wytrwałem i osiągnąłem naprawdę wysoki poziom. Wielu osobom o pragmatycznym podejściu do życia nauka esperanta może wydawać się kompletną stratą czasu. Ja jednak zawdzięczam mu bardzo dużo – pierwszą pracę, wyjazdy zagraniczne, mnóstwo ciekawych kontaktów i udział w niesamowitych przedsięwzięciach. Więcej na ten temat napisałem kiedyś w gościnnym poście na blogu Hał ar ju, Marija? A jednak to nie dla praktycznych korzyści postanowiłem się nauczyć esperanta. Ot, takie ślepe zauroczenie, które trwa już od piętnastu lat.

A jaka jest Twoja historia? Jakich języków się uczysz i dlaczego właśnie tych? Czy wybierając język do nauki patrzysz przede wszystkim na korzyści, jakie Ci on przyniesie? Czy kierujesz się raczej motylami, które pojawiają się w Twoim brzuchu, kiedy go słyszysz? Nie mogę się doczekać Waszych komentarzy!

48 komentarzy

  1. Ja kierowałam sie w wyborze pierwszego języka miłością od pierwszego wejrzenia. Francuskiego bo o nim mówię,nauczyłam sie jakby bez udziału świadomosci. Wybrałam go sama będąc jeszcze w podstawówce! Z własnej,nieprzymuszonej woli uczyć sie go zaczęłam będąc w 4 klasie z moją siostrą będącą wtedy w LO. Myślę ze ludzie wybierający jakiś jezyk poza angielskim bo teraz uczą sie go wszyscy,kieruja sie względami praktycznymi to napewno jednak najlepiej kiedy przy okazji kieruja sie glosem wewnętrznym,może intuicją bo tylko wtedy nauka idzie jak po maśle! Pozdrawiam

    1. Dziękuję, Ewo! Zgadzam się z Tobą, że nauka będzie szła najlepiej, kiedy wybieramy język, który nam "w duszy gra". Życzę wielu pięknych chwil z francuskim!

  2. W moim przypadku było trochę podobnie jak u Ciebie. Języka angielskiego zaczęłam się uczyć w szkole. Bardzo go lubię i nie mogłabym się bez niego obyć. Często czytam różne książki po angielsku. Drugim językiem, którego uczyłam się w szkole był niemiecki. Jednak w tym przypadku moja przygoda nie skończyła się najlepiej. Nie potrafię powiedzieć wiele po niemiecku, ale myślę, że do niego wrócę.

    Kolejny język to moja wielka miłość – język portugalski. Moja przygoda zaczęła się na Uniwersytecie w Porto. Jest to język, który nieustannie mnie zaskakuje. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na temat wariantów afrykańskich. Może nie jest to język tak praktyczny, jak dwa pierwsze, ale się tym nie przejmują.

    Poza tym, mówię też w języku francuskim, którego uczyłam się w Paryżu. W tym przypadku mam relatywnie mało czasu na rozwój swoich umiejętności.

    Kolekcję uzupełnia hiszpański. Z pewnością poziom jego znajomości nie jest u mnie tak wysoki, jak w przypadku pozostałych języków. Staram się to nadrobić. Podoba mi się, a przy tym jest podobny do portugalskiego, więc nauka przebiega szybciej.

    Myślę, że na tym nie poprzestanę. W planie mam naukę innych języków romańskich. A może nawet zdecyduję się na coś bardziej egzotycznego (np. hebrajski lub arabski).

    1. Dziękuję za komentarz, Angieszko! Widać, że portugalski jest Ci wyjątkowo bliski – choćby po blogu, którego prowadzisz. Ale ciekawe jest to, że mimo tej miłości masz czas i ochotę na naukę tylu innych języków. Powodzenia 🙂

    2. Z tym czasem to różnie bywa. Jednak jak osiągnie się pewien poziom, to można część wysiłków skierować na przyjemności płynące z języka np. rozmowy, czytanie literatury itp. Poza tym, można myśleć o dołożeniu czegoś nowego i naukę w wolniejszym tempie np. 30 min każdego dnia.

  3. Myślę, że wszyscy zaczynają tu dość podobnie. 🙂 Na angielski wysłali mnie rodzice na początku podstawówki, bo "angielski dzisiaj każdy powinien znać". Potem był on po prostu obowiązkowym przedmiotem w szkole. W liceum doszedł mi drugi język, francuski wybrałam z antypatii do niemieckiego. Całkiem go polubiłam i po kończeniu szkoły ze dwa razy próbowałam odnowić znajomość, muszę przyznać jednak, że dość poważnie zniechęca mnie bariera fonetyczna i niemożność zrozumienia Francuzów. Byłam zatem skazana na angielski, którego nie lubię. Języki germańskie mnie nie kręcą. Ale angielski jest przydatny. I w ten sposób skończyłam nawet lingwistykę z językiem angielskim.

    W czasie studiów musiałam iść na lektorat, postanowiłam wybrać coś odjechanego i egzotycznego. Zastanawiałam się nad wyborem pomiędzy hebrajskim a suahili, wygrało suahili. I wtedy coś zaiskrzyło. Uczyłam się go tak długo, że aż wylądowałam na afrykanistyce. Na studiach dołożyli mi język hausa, z którym na razie się poznaje, ale nie będzie z tego takiej miłości jak z suahili.

    Ostatnio doszedł mi jeszcze włoski. Postanowiłam zacząć się uczyć jakiegoś europejskiego języka, a wiedziałam, że romańskie mi się podobają. Włoski brzmiał z nich najlepiej. Spodziewam się dłuższego związku.

    1. Super historia, Magda! Długą drogę musiałaś przejść, żeby odkryć swoją prawdziwą miłość… Ale pewnie było warto, nie? Czytając Twój komentarz przyszło mi do głowy, że wiele osób zatrzymuje się gdzieś na jednym z pierwszych etapów – np. na znielubianym niemieckim w szkole – i nie chce odkrywać innych języków, bo przypuszcza, że wszystkie są równie beznadziejne. Fajnie, że Ty nie ustajesz w dalszych poszukiwaniach 🙂

  4. Hej. Od wczoraj czytam twojego bloga i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony!

    Zacząłem tak jak chyba poprzednicy czyli nauka języka angielskiego. W podstawówce nie miałem większych problemów i dawałem sobie rade. Wszystko zmieniło się w gimnazjum. Było coraz gorzej i gorzej. Nie miałem już siły. Powiedziałem sobie, że nie poddam się i dam rade. Rodzice zapisali mnie do szkoły języków obcych. W ciągu roku nadrobiłem ogrom materiału oraz poprawiłem oceny w szkole. Od 2 lat angielski nie stanowi już dla mnie problemu.

    Miałem również kontakt z dwoma innymi językami w czasie kształcenia.
    W gimnazjum uczyłem się niemieckiego. Cóż to był za piękne chwile. Nauka niemieckiego sprawiała mi ogromną radość. Miałem nawet 6 na koniec gimnazjum i odniosłem sukces zajmując wysokie miejsce konkursie wojewódzkim..
    Ale niestety liceum wszystko zmieniło. Wybierając profil medyczny został narzucony mi język rosyjski. Niestety. Ostatnie 3 lata był dla mnie koszmarem. Język moim zdaniem skomplikowany, podobny do polskiego momentami. Kompletnie nie przypadł mi do gustu. Jak się ciesze , że już nie musze się go uczyć.

    A teraz wybierając się na studia postanowiłem ,że prócz angielskiego chce uczyć się innego języka. Padło na…szwedzki. Dlaczego właśnie ten język?
    Jestem zakochany w Szwecji. Uwielbiam tamtejszy klimat. Uwielbiam wszystko co wywodzi się właśnie stamtąd. No i jeszcze jeden powód dlaczego szwedzki. Wiąże swoją przyszłość z wyjazdem do Szwecji i pozostania tam na resztę mojego życia 🙂

    Moim marzeniem jest nauczyć się języka migowego! Czyż to nie interesujące i jakże odważne postawić się w roli osób którzy właśnie tak się komunikują i tak poznają świat ?

    1. Cieszę się, że trafiłeś na Językową Oazę! Podoba mi się Twoja historia. Ile tu uczuć! Niespodziewane zwroty akcji z angielskim, piękne chwile z niemieckim, mordęga z rosyjskim, miłość do szwedzkiego i marzenia o języku migowym… Super! Swoją drogą też kiedyś myślałem o nauce migowego, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Ale może kiedyś…

  5. Uwielbiam uczyć się języków, dlatego bardzo się cieszę, że trafiłam na tego bloga.
    O angielskim nie będę mówić, bo pewnie jak większość, zaczęłam się go uczyć jako dziecko, to chyba mój ulubiony język, czytam książki i gazety po angielsku, przeglądam strony internetowe, oglądam filmy…
    Przed wyborem gimnazjum, dowiedziałam się o pewnym stypendium we Francji i stwierdziłam, że warto spróbować sił. Przez trzy lata poznałam bazy francuskiego, udało mi się wyjechać i teraz już siódmy rok siedzę we Francji 🙂 W przeciwieństwie do wielu, nigdy nie byłam bardzo zafascynowana tym językiem, ale lubię się w nim porozumiewać, choć czasem wciąż mam gramatyczne dylematy.
    Teraz pracuję nad niemieckim. Mam podstawy, poznane jeszcze w podstawówce, trochę siedziałam nad gramatyką, teraz uczę się słówek i szukam możliwości, by wyjechać, bo to najbardziej brutalna, ale i najskuteczniejsza metoda nauki – skok na głęboką wodę!
    A potem pozostaje jeszcze tyle innych języków do nauki… 🙂
    Pozdrawiam,
    Ania (www.interesowania.blogspot.com)

    1. Cześć, Aniu! Podoba mi się Twoje podejście – chcę się nauczyć języka, to po prostu wyjeżdżam na dłużej za granicę. Ja nigdy tak nie próbowałem, więc miło poczytać o Twoich doświadczeniach – zawsze to jakaś nowa perspektywa 🙂

  6. Pierwszym językiem obcym, z jakim się zetknęłam, był język niemiecki, którego musiałam się uczyć od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Znienawidziłam ten język bardzo i do dzisiaj umiem tylko startową formułkę "Mam na imię…, pochodzę z…"- spora w tym zasługa nauczycieli, którzy się przewijali przez kolejne dwanaście lat nauki. Co lekcję to samo: "Zróbcie ćwiczenie 1, 2 i 3, w domu ćwiczenie 4, 5 i 6". I zawsze miałam wrażenie, że znajomość języka kolejnych nauczycieli nie wykracza poza to, co jest w podręczniku (poza nauczycielką w liceum, ale moja niechęć do niemieckiego była już zbyt zaawansowana, by wykrzesać z siebie jakikolwiek entuzjazm).
    Później, też w podstawówce, zaczęła się przygoda z językiem angielskim, którą do dzisiaj kontynuuję i przyjemnością korzystam z owoców nauki.
    W liceum, zawiedziona językiem niemieckim, pojawiła się możliwość rozpoczęcia nauki innego języka, wybrałam francuski, dla własnej przyjemności i na przekór wszystkim demotywującym komentarzom rodziny ("po co ci to", "w liceum jest dużo nauki, nie dasz rady z dodatkowym przedmiotem", "to bardzo trudny język" itd.). Po trzech latach radziłam sobie z francuskim znacznie lepiej niż z niemieckim po dwunastu latach nauki, co mnie bardzo pozytywnie nastawiło do świata języków obcych. Naukę francuskiego również powoli kontynuuję, chociaż niestety, nie bez kilku okresów dłuższego przestoju. Na nauce tego języka właśnie przeprowadziłam wszystkie eksperymenty dotyczące nauki języków obcych – od testowania różnych metod nauki po szukanie sposobu na radzenie sobie z kryzysami.
    Ostatni stały punkt to hiszpański – cóż, do tego to zawsze mnie jakoś ciągnęło, chociaż zanim to tego dotarłam, zdążyłam otrzeć się o kilka innych języków. Ostatecznie, kiedy zaczęłam od czasu zerkać na telenowele, klamka zapadła. W tej chwili to mój język "priorytetowy" 🙂
    Na koniec zostaje jeszcze czeski, choć to taka nie do końca nauka – po prostu tv łapie kilka kanałów czeskich, na których nierzadko znajdę coś ciekawszego niż na polskich kanałach, więc się osłuchałam i rozumiem trochę ze słuchu. Po prostu pewnego dnia postanowiłam zajrzeć do podręcznika i dowiedzieć się paru konkretów.
    Wychodzi na to, że cztery języki obce mam obecnie na tapecie – to brzmi trochę strasznie. A co gorsza, mam jeszcze kilka pomysłów…
    Pozdrawiam, mon4 🙂

    1. Hej mon4! Piszesz, że to brzmi strasznie, ale mam wrażenie, że Ty swoje języki naprawdę lubisz i spędzasz z nimi wiele miłych chwil. Mam rację? Fajne jest to, że każdy język to u Ciebie zupełnie inna historia. Przynajmniej nie jest nudno!

  7. Jak większość – angielski pierwszym językiem 🙂 Początkowo był mi obojętny i traktowałem jak zwykły przedmiot, potem pojawiła się niechęć o której wspomniałem u siebie na blogu. Ale ostatecznie jest to język, którym najlepiej się posługuję i przymierzam się do CAE w przyszłym roku – mam nadzieję, że zdążę 🙂

    Hiszpański – pierwszy język,którego zacząłem się uczyć na własną rękę. Wielka pasja i miłość, którą chcę opanować do perfekcji. Marzeniem jest Erasmus w Madrycie a później kurs językowy w Buenos Aires/Montevideo. Odmiana rioplatense ostatnio bardzo mnie interesuje i z każdym dniem staram się dowiadywać czegoś nowego 🙂

    Niemiecki – język ten "chodzi" za mną od dłuższego czasu i wiedziałem , że w końcu zacznę się go uczyć. Musiałem znaleźć tylko "punkt zaczepienia" którym jest niemiecki futbol 🙂 Aktualnie jestem na samym początku nauki, ale mam nadzieję,że uda mi się opanować ten język. Bardzi lubię wymowę niemiecką 🙂

    Jako dziecko próbowałem uczyć się rosyjskiego, ale nie nazwałbym tego nauką. Kurs z gazety i moje kaleczenie języka było śmieszne, ale miałem ok.13 lat więc nie ma co wymagać cudów.

    Francuski – w gimnazjum/liceum. Kompletnie nie znam tego języka, 2 lekcje w tygodni to zdecydowanie za mało. Plus brak "punktu zaczepienia" też ma wpływ na poziom języka, który ciężko nazwać mi nawet turystycznym… Oby w przyszłości to się zmieniło!

    W planach mam jeszcze portugalski/japoński lub chiński. Może włoski, ale z drugiej strony rioplatense może idealnie zastąpić italiano 🙂

    A teraz pytanie – doczytałem się iż Twoja żona uczy się chińskiego. Jak wygląda jej nauka jako samouk? Z jakich materiałów korzystała na początku nauki języka? Jakie są jej wrażenia/osobiste odczucia? Czy ma jakieś porównanie z japońskim – który łatwiejszy ew. inne opinie? Będę wdzięczny za odpowiedź 🙂

    Pozdrawiam!

  8. Historia z moimi jezykami nie jest tak czysta i klarowna jak te wszystkie, ktore przeczytalem powyzej. Raczej przypomina ona gaszcz i platanine we wszystkich wymiarach, nigdy nie uczylem sie poszczegolnych jezykow oddzielnie, zawsze kilka sie ze soba przeplatalo, nauke czesto przerywalem i wznawialem po latach.
    Spisalem te historie na brudno, okazala sie bardzo dluga, nie wiem, czy Was nie zanudze. Moze podziele ja na czesci, a jak ktos skomentuje to slowem STARCZY to przestane przynudzac.

    1. No wiec w drugiej klasie podstawowki rodzice zapisali mnie na angielski, ale nie zrobilo to na mnie wielkiego wrazenia i po pol roku nie chcialem tego kontynuowac, choc cos tam w glowie zostalo.
      Potem zalapalem sie jeszcze na przymusowa nauke rosyjskiego, ale ze komuna sie juz konczyla to specjalnie nas do niego nie zmuszano. Byl to taki lekki, rozrywkowy przedmiot, z ktorego nikt nic nie wyniosl.
      W technikum byl niemiecki, ale jego nauka przypominala rosyjski- kto chcial miec dobre stopnie, musial musial sie czegos uczyc, a kto chcial tylko zdac, wystarczylo znac magiczne zdanie: "RZECZOWNIKI W JEZYKU NIEMIECKIM PISZEMY WIELKA LITERA"- i to byla praktycznie cala wiedza polowy klasy. Az pewnego dnia na plazy podeszla do mnie jedna z Niemek z jakiejs wycieczki, istna seksbomba, i o cos spytala. Strasznie mnie krecila, wiec za wszelka cene chcialem z nia porozmawiac, ale moja wiedza ograniczala sie do naszego magicznego zdania (rzeczowniki…), wiec nic z tego nie wyszlo. Ale bylem tak zly na siebie ( slyszalem juz opowiesci o bezpruderyjnych, niewyzytych seksualnie Niemkach), ze natychmiast pojechalem do domu uczyc sie niemieckiego i przez tydzien opanowalem wszystko, co mielismy przez dwa lata! Niemieckiego uczylem sie jak oszalaly przez cale wakacje, a w nastepnej klasie dostawalem juz same szostki, i tak przez trzy lata. Rownolegle zaczalem uczyc sie angielskiego, ale efekty nie byly tak dobre.
      W tym czasie moj ojciec pracowal na kontrakcie w Czechach, gdzie spedzalem wakacje. Obok jego hotelu byl hotel Kubanczykow, a oni nie mowili po niemiecku ani po angielsku, uczylem sie wiec od nich hiszpanskiego poprzez jezyk czeski, co na poczatkowym etapie jakos sie udawalo, ale bardziej chyba nauczylem sie czeskiego. Pewnego razu zapoznali mnie z piekna Kubanka i odtad zaczalem intensywnie uczyc sie hiszpanskiego, dlugo pisalismy listy, ona potem odleciala na Kube i nigdy juz jej nie zobaczylem, ale pisalismy dalej. Do hiszpanskiego jeszcze kilka razy w zyciu wracalem. Cdn.

    2. Mniej wiecej w tym samym czasie, jako ze mieszkalem w Bialymstoku, jezdzilismy z kumplami do Bialorusi zarabiac pierwsze pieniadze na handlu i przemycie. I okazalo sie, ze te pare lat rosyjskiego zostawilo w glowie jakies slady, od razu w podstawowych sprawach umialem sie dogadac (dla niewtajemniczonych dodam, ze w Bialorusi mowi sie po rosyjsku, nie bialorusku), a po paru latach calkiem nieswiadomie doszedlem do calkiem dobrego poziomu. Niewatpliwie pomogly mi w tym imprezki z bialoruskimi kolezankami, po ktorych bardzo smakowal sok z kiszonych ogorkow, ale to juz temat na inna okazje, np."niekonwencjonalne metody nauki jezykow" (pisze to absolutnie powaznie!).
      Pewnego razu odkrylismy swietna trase przemytu, szczegoly sa dosc skomplikowane, w kazdym razie wiazalo sie to z przejazdem przez Litwe i zdobyciem litewskich deklaracji celnych. Niestety litewscy celnicy kazali sobie za nie dosc slono placic, ale ze jezdzilismy czesto- z czasem skumplowalismy sie z nimi i zamiast lapowek urzadzalismy na posterunku celnym alkoholowe przyjecia, podczas ktorych przechodzilem intensywny kurs jezyka litewskiego (rosyjski byl wtedy "lingua non grata"). Szczegolnie pewna pani celniczka upodobala sobie uczenie mnie tego pieknego jezyka, udzielajac mi nawet "lekcji indywidualnych" 😉 co w krotkim czasie dalo niezle efekty. I wlasnie litewski otworzyl mi oczy na podobienstwa w jezykach indoeuropejskich wsrod ktorych jest dzisiaj jezykiem kluczowym, jest najbardziej archaiczny, najbardziej podobny do wszystkich jezykow tej rodziny, takie centralne ognio. Od tej pory przeczytalem chyba wszystko z dziedziny jezykoznawstwa porownawczego i do dzis jest to moja najwieksza pasja. Rowniez litewskiego ucze sie do dzis, ale niezbyt intensywnie, najczesciej w maju i czerwu, bo latem czesto jezdze nad litewskie morze, gdzie spotykam sie z litewskimi przyjaciolmi. Cdn.

    3. Po kilku latach wyjazdow na Bialorus i Litwe pojechalem do Wloch do pracy. W miare niezla znajomosc hiszpanskiego wprawdzie bezposrednio sie nie przydala, ale za jego posrednictwem szybko uczylem sie wloskiego. Korzystalem tez z dobrego, starego podrecznika (dzis juz takich nie ma), co sprawilo, ze w ciagu rocznego pobytu zaszedlem dosc wysoko. Ale po powrocie do Polski nie kontynuowalem nauki, bo znajome biuro podrozy zaproponowalo mi prace pilota wycieczek do Hiszpanii- musialem ukonczyc kurs pilotazu i zdac egzamin z hiszpanskiego. Kurs trwal prawie pol roku, ostro sie wtedy uczylem hiszpanskiego ze studentem nativem. Jako pilot jednak nie pracowalem, bo zaczalem prowadzic dzialalnosc gospodarcza w Bialorusi.Nie byly to juz przypadkowe wyjazdy, lecz przez trzy lata spedzalem tam wiekszosc czasu i musialem dobrze mowic po rosyjsku. Znow z pomoca przyszly mi niekonwencjonalne metody nauki opisane powyzej, ale dodatkowo kilka godzin dziennie spedzalem nad ksiazkami. Moim celem bylo opanowanie jezyka tak, zeby w krotkich rozmowach nie zdradzac, ze jestem obcokrajowcem. Dawalo to bardzo wymierne korzysci- tansze taksowki, hotele, sanatoria (tam to rodzaj rozrywki), nizsze rachunki w restauracjach itp. Jako, ze rosyjski znalem w miare juz wczesniej, to po intensywnej nauce cel ten osiagnalem dosc szybko. Mialem tam tez zywy kontakt z hiszpanskim, bo poznalem fajna grupe studentow z Peru, z ktorymi, jak to ze studentami, czesto imprezowalem. W miedzyczasie jeszcze zladowalem w Belgii w sprawach zwiazanych z moim biznesem. Przez dwa miesiace pobytu przerobilem solidny podrecznik do nauki francuskiego (oczywiscie stary, bez kolorowych obrazkow) i po miesiacu nie uzywalem w Belgii angielskiego. Jednak rozmowy moglem prowadzic tylko bardzo "przyziemne". Francuski to dla mnie "poskracany wloski" i tylko dzieki znajomosci tego ostatniego nauczylem sie jego podstaw w tak krotkim czasie, ale mimo wszystko to moj najslabszy jezyk.
      W Bialorusi mialem dwa dni wolnego w tygodniu, chodzilem wiec na kurs wloskiego i angielskiego, tak ze doprowadzilem ten ostatni do niezlego ( jak mi sie wtedy wydawalo) poziomu. I pewnego razu, gdy bylem w Polsce, spotkalem starego kumpla, ktory wlasnie chcial zdawac na filologie angielska do czego i mnie namowil.

    4. Podczas studiow mielismy przez kilka semestrow hiszpanski i chyba z rok laciny. Z tym ostatnim jezykiem bylem juz wczesniej oswojony, przerobilem z ciekawosci dwa podreczniki, bardzo przypomina litewski. Gdyby lacina byla zywym jezykiem moglbym sie w nim przyzwoicie dogadywac.
      Samo ukonczenie filologii angielskiej nie dalo mi wiekszej satysfakcji, gdyz poziom niektorych absolwentow byl tak niski, ze w praktyce graniczyl z nieznajomoscia jezyka, wiec chyba nie ma czym sie chwalic konczac takie studia.
      Natomiast zdecydowanie wiecej dal mi dwuletni pobyt i praca w Anglii, gdzie przebywalem wieksza czesc czasu wsrod Anglikow. Bylo to w Manchesterze, tamtejsza wymowa ( a raczej wymowy) znacznie rozni sie od standardu RP, przez co ze 3 miesiace slabo rozumialem, co do mnie mowili, ale majac dobre zaplecze teoretyczne osiagnalem wkrotce dosc wysoki poziom i spora znajomosc dialektow polnocnego zachodu . Przez trzy miesiace mieszkalem w Anglii z Czechami, a ze rozmowy z nimi po angielsku uwazalem za parodie, przyponmialem se podstawy czeskiego, a nawet je poszerzylem.
      Jednak poziom zycia na Wyspach nie zrobil na mnie dobrego wrazenia, choc moje dochody znacznie przewyzszaly przecietna w tym kraju. Najlepszym panstwem do zycia w Europie wydawala mi sie ( co pewnie niektorych zdziwi)… Bialorus i postanowilem przeniesc sie tam na stale. Cdn.

    5. Juz piec lat mieszkam w Grodnie, moja zona jest bialorusinka, na co dzien uzywam wylacznie jezyka rosyjskiego. Znam ten jezyk prawie jak native, czasem jednak to "prawie" mnie zdradza, ale czasem musze pokazywac paszport, zeby udowodnic, ze jestem Polakiem. Oczywiscie caly czas swiadomie ucze sie tego jezyka i nie sadze, zebym kiedykolwiek stwierdzil, ze juz wszystko w nim osiagnalem.
      Mieszkajac w Bialorusi ma sie niewielki kontakt z jezykiem bialoruskim. Jest to praktycznie martwy jezyk, jego sztuczna wersja literacka jest troche uzywana w radiu, tv, niektorych ksiazkach, Kosciele Katolickim (sic!) i jako jezyk czesci inteligencji i opozycji politycznej. Jako ze bialoruski zapozyczyl bardzo wiele elementow z polskiego ( i troche odwrotnie), znam ten jezyk lepiej niz przecietny Bialorusin, ale to sztuka raczej niewielka.
      Sa tez naturalne dialekty bialoruskie uzywane przez mieszkancow wsi, ale znacznie roznia sie od sztucznego standardu i nie ciesza sie duzym prestizem. Mam domek z dzialka w okolicach jeziora Switez (o ktorym pisal Mickiewicz) i tam starzy ludzie uzywaja tych wlasnie dialektow. Mimo,ze sa to raczej wscibskie staruszki, lubie z nimi pogadac po bialorusku, chociaz uzywamy roznych jego wersji. Cdn.

    6. Czesto spedzam Sylwestra na Slowacji i jestem zafascynowany miejscowym jezykiem jako "slowianskim esperanto". Jest to jezyk najbardziej podobny do wszystkich slowianskich i warto go znac w takiej wlasnie roli, nie tylko bedac na Slowacji. Ostatniego Sylwestra spedzalem w slowackich basenach termalnych, gdzie swietnie bawili sie Polacy, Czesi, Slowacy, Bialorusini, Ukraincy, Rosjanie, Serbowie, i wszyscy rozumieli slowackie animatorki. Swietny jezyk dla wszystkich Slowian, ktorzy przy niewielkim wysilku moga go dosc dobrze opanowac i wzajemnie sie porozumiewac gdziekolwiek sie spotkaja. To taka moja idea, ucze sie tego jezyka ( przewaznie w grudniu) i wszystkich Slowian do tego zachecam.
      I to by bylo na tyle, ciesze sie, ze nikt nie skomentowal "starczy!" Pozdrawiam z Bialorusi!

    7. Dziękuję Ci, Night Hunter, za tę superciekawą serię komentarzy! Twoja opowieść wciągnęła mnie jak kryminał 😉 Widać jak na dłoni, że Twoje życie to języki, a języki to Twoje życie.

      Nie myślałeś nigdy o tym, żeby swoim doświadczeniem dzielić się nie tylko w komentarzach, ale założyć też swój własny blog? Byłbym wiernym czytelnikiem 🙂

    8. Hej, Night Hunter. Pisząc o "slowianskim esperanto" to jakie polecasz materiały do nauki słowackiego. Jest ich pewnie niewiele a ja mam zamiar się nauczyć choć trochę słowackiego z racji mojej miłości do gór, których Słowacy mają trochę. Niestety anglojęzyczne materiały nie są zbyt dobre bo koncentrują się na różnicach które są oczywiste dla Słowian a trudne dla Germanów. A materiałów polskich, słowiańskich jest jak na lekarstwo.

      Pozdrawiam
      Tomek

    9. @Janusz
      Pomysle o blogu. Najpierw musze sie dowiedziec jak go sie prowadzi.

      @ Tomek
      Z podrecznikami do wszystkich jezykow sytuacja jest tragiczna. Kiedys Wiedza Powszechna wydawala bardzo dobre serie, ale slowackiego chyba nie bylo. Mozesz kupic w ksiegarni jakis audio kurs dla poczatkujacych (slaby i chyba jedyny) i repetytorium gramatyki, w internecie na Goethe Verlag znajdziesz dosc dobry material na poczatek. Jak zalapiesz podstawy to chyba tylko zostanie Ci internet no i oczywiscie praktyka na Slowacji. Powodzenia, pozdrawiam!

  9. No to i ja się skuszę. Pierwszym językiem, którego zacząłem się uczyć w szkole, był niemiecki (podstawówka). Muszę przyznać, że byłem dobry. Wtedy też miałem pierwszy kontakt z native speakerami w życiu. Świetne doświadczenie. Później niemiecki miałem w technikum, wszystko zaczęło się od początku. Byłem piątkowym uczniem, lubiłem niemiecki. No i studia w ramach lektoratu – znów od początku. Straszne, no ale niestety nie da się wszystkim dogodzić. Dlatego uważam, że możliwość wyboru poziomu czy to w szkołach czy na uczelniach powinna być. Przez 9 lat nauki jestem na A2. Nie wiem, czy czasami nie za bardzo się pocieszam, nie czuję się na tyle, chociaż testy na to wskazują.

    Język angielski. Od gimnazjum. Byłem beznadziejnym przypadkiem, dla którego wszystko było czarną magią. Oczywiście miałem krótki epizod w podstawówce jako dodatkowy, ale 5 zajęć to całe nic, odechciało mi się. W 3 klasie gimnazjum miałem lecieć do USA na stałe, ale sprawy potoczyły się trochę inaczej, ale to sprawiło, że zakochałem się w angielskim i tak już zostało. Angielski kontynuowałem w szkole średniej (mimo braku nauki w domu – jedynie w klasie) napisałem świetnie (choć co prawda podstawową – nie chciałem iść na studia, więc po co było się obciążać) maturę bez żadnego przygotowania, ale czułem się na siłach. Dużo oglądałem po angielsku, myślę, że to wiele mi pomogło i wszystko sobie usystematyzowałem. Los tak chciał, że został mi ostatni rok w NKJO (angielski). Wiążę z nim przyszłość zawodową.

    Trzeci język – hiszpański. Kiedyś telewizja zasypywana była mnóstwem telenowel, które wszyscy oglądali – ja też przepadłem. Mimo że ostatnią oglądałem 10 lat temu, to po 8 latach od tamtej pory (zaczynałem studia) pamiętałem mnóstwo rzeczy. Już jako dziecko obiecałem sobie, że ten język będę znał perfekt. Poszedłem na warsztaty obowiązkowe na studiach. Zaczęliśmy go od zera. Zadania gramatycznie robiłem poprawnie (ale nie znałem teorii, dlaczego tak – po prostu pamiętałem, jak mówili – coś na zasadzie przyswajania języka ojczystego), słówek (nawet te, których raczej próżno szukać w materiałach na niższych poziomach) znałem naprawdę wiele.

    Lektorka powiedziała: gdzie pan się uczył hiszpańskiego? Był pan zagranicą? Pewnie gdzieś w Ameryce Środkowej, bo ma pan taki akcent. Powiedziałem, że nigdy nie byłem w żadnym hiszpańskojęzycznym kraju, a do tego nie miałem w ręku nawet samouczka. Nikt mi nie uwierzył. Dopiero później przyznałem się, że to zasługa oglądania lat telenowel. Na lektoracie ułożyłem sobie podstawową teorię w głowie, teraz chociaż wiem, co skąd się bierze. Z końcem warsztatów wziąłem się porządnie za samodzielną naukę, chociaż to dopiero 2 miesiące. Codziennie staram się coś zrobić… I gdy tylko przygotuję się do CPE, będę się starał zdać DELE. 🙂

    Ostatni język – japoński 🙂 Nie uczyłem się, umiem podstawowe zwroty, ale już za czasów Sailor Moon i Dragon Ball chciałem umieć posługiwać się tym językiem. Do tej pory miłość pozostała. Nie chcę być niemądry i dorzucać czwartego języka – 3 to i tak dużo, ale nie odpuszczę. Język niemiecki traktuję z przymrużeniem oka, dlatego po hiszpańskim wreszcie zacznę spełniać swoje marzenie dot. japońskiego. 🙂

    1. Wielkie dzięki za Twoją historię! Szczególnie zaintrygował mnie Twój hiszpański, którego nauczyłeś się z telenowel. Zwłaszcza, że telenowele w telewizji zawsze lecą z lektorem, prawda? Jeśli z takich materiałów podłapałeś tak wiele, to czapki z głów!

    2. Dokładnie, z lektorem, ale nigdy mi to nie przeszkadzało. Nie zagłuszał on aktorów i dlatego pewnie tak podłapałem razem z gotowym tłumaczeniem. Wszystko totalnie nieświadomie. Pamiętam, kiedy szukałem w necie ostatniego odcinka jednej z telenowel. Zawołałem mamę, puściliśmy i byłem w stanie powiedzieć, co oni mówią. Wielkie było jej zdziwienie, gdy się okazało za kilka dni, że mówią praktycznie to, co jej przekazałem tamtego dnia. 🙂

  10. Początek standardowy, jak u większości. Od pierwszej klasy podstawówki rodzice zapisali mnie na kurs angielskiego (wtedy w podstawówce język obcy zaczynał się od piątej klasy), właściwie od początku lubiłam ten język, a przez to, że uczyłam się go długo nigdy nie sprawiał mi problemów, nawet w gimnazjum wpadłam na pomysł, żeby iść na filologię czy do klasy z rozszerzonym angielskim w LO, ostatecznie zamiłowanie do przedmiotów ścisłych wygrało i zamiast filologii skończyłam matematykę, ale języki lubiłam zawsze i zawsze chętnie się ich uczyłam.

    Niemieckiego zaczęłam się uczyć w gimnazjum, potem też w liceum, ale niestety od początku, ponieważ nie wszyscy w klasie umieli. Nie skupiałam się na nim jakoś wybitnie, ale jako jedna z nielicznych otwarcie przyznawałam, że ten język lubię. Potem, chcąc się go w końcu nauczyć na studiach też wybrałam niemiecki. I nawet, w teorii doszłam do poziomu B2. W praktyce dużo rozumiałam, ale nigdy nie nauczyłam się mówić. Potem odłożyłam go na kilka lat i nic nie wskazywało, żebym miała do niego wrócić. Zafascynowało mnie międzyczasie tyle języków, że niemiecki poszedł w odstawkę. Aż tu nagle poszłam do pracy i okazało się, ze potrzeba ludzi, którzy znają niemiecki Właściwie zapytano mnie czy chciałabym się nauczyć. Uznałam to za doskonałą okazję, szczególnie, że zaproponowało mi super warunki do nauki, więc szkoda nie wykorzystać i tak o to moje plany językowe nieco się zmieniły i teraz niemiecki wraca do łask.

    Język francuski-właściwie nigdy mi się nie podobał, nie byłam zakochana w Paryżu ani we francuskiej kulturze i w żadnym wypadku nie planowałam się go uczyć. Oczywiście los jest przekorny i tak okazało się, że mój mąż dostał bardzo ciekawą ofertę pracy w Szwajcarii. Wiedząc, że wyjeżdżamy na dłuższy okres i zamierzam tak szukać pracy zaczęłam się dość intensywnie uczyć, język mi się spodobał, kontynuowałam naukę już na miejscu, w ciągu dwóch lat doszłam do poziomu B2 (od totalnego zera) i bardzo mnie to cieszy. Teraz już nie uczę się tak intensywnie, bardziej podtrzymuję znajomość, ale muszę powiedzieć, że na francuski zawsze będę patrzeć z sentymentem, ponieważ był to pierwszy po angielskim język, który mogę powiedzieć, że znam, poza tym wtedy też uświadomiłam sobie, że jeżeli chodzi o naukę języka to najwięcej osiąga się po prostu pracą i systematyczną nauką (nie jest to może odkrywcze, ale dla mnie wtedy było 😉 ).

    Język rosyjski- zaczęłam się uczyć na lektoracie na drugim kierunki i spodobał mi się od samego początku. Uwielbiam jego brzmienie, akcent i wszystko. Na razie odłożony, ponieważ nie chcę się intensywnie uczyć więcej niż jednego języka, ale kiedyś wrócę. Gdyby nie niemiecki to pewnie by to było teraz.

    Język chiński zaczęłam się uczyć sama w domu. Na razie w zakresie bardzo podstawowym, ale też mam plan kiedyś wrócić.

    Poza tym jest jeszcze dużo języków, które chciałabym poznać, ale wszystko w swoim czasie Na razie staram się dojść do dobrego poziomu (ok. B2/C1, jeżeli umiem mówić uważam za poziom wystarczający) w tych, które pozaczynałam.

    1. Dziękuję, Magda! Podoba mi się, jak otwarta jesteś na okazje do nauki języka, które się przed Tobą otwierają. Masz okazję podszkolić niemiecki w pracy? Bach, do roboty! Wyjeżdżasz do Szwajcarii? Ciach, w dwa lata do poziomu B2! Niby to języki (przynajmniej niektóre) wybierają Ciebie, ale bez Twojej otwartości nic by z tych zaproszeń nie wyszło 🙂

  11. Bardzo ciekawe historie!
    U mnie jak u wiekszosci zaczelo sie od angielskiego. Gdy mialam kilka lat dostalam od rodzicow dobry, stary kurs Flying Start. Przegladalam ksiazke i zlapalam bakcyla. Najpierw mama uczyla mnie w domu, pozniej sama sobie robilam lekcje 😉 skupialam sie na gramatyce (internet jeszcze nie byl piwszechny) i dzieki temu wszystkie zasady rozumialam intuicyjnie. Skonczylo sie na filologii angielskiej.

    W podstawowce mial rosyjski. Niby sie go uczylam pilnie, ale nie znosilismy tego jezyka (i nauczycielek) wiec z radoscia sie z nim pozegnalam. Teraz troche zaluje, chcialabym kiedys do niego wrocic. Nadal potrafie czytac cyrylice.

    W liceum drugim jezykiem byl niemiecki. Lubilam sie go uczyc, latwo mi wchodzil do glowy. Z tego tez powodu zdawalam mature ustna z niemieckiego. Liceum sie skonczylo i moj kontakt z jesykiem tez. Pozniej robilam jeszcze 2 podejscia ale juz nie moglam sie przekobac do tego ciezkiego, twardego jezyka.

    Moja miloscia byl francuski i wreszcie na studiach udalo mi sie dostac na lektorat z tego jezyka. Niestety nauczycielki albo nie wymagaly od nas, albo pracowaly tylko z osobami ktore francuski juz wczesniej liznely. Po kilku latach przerwy, na studiach uzupelniajacych trafilam wreszcie na wspaniala nauczycielke dzieki ktorej zrobilam ogromne postepy, zaczelam mowic po francusku, przeszlam od A0 do B1. Teraz niestety znow przerwa i czuje jak znajomosc mi umyka…

    Wreszcie moja obecna pasja – norweski. Gdy maz namowil mnie na wyjazd do Norwegii, nie znalam ani slowa. W samolocie uczylam sie powitan! Przez 3 miesiace pobytu zmuszalam sie do nauki, ale niewiele udalo mi sie zrobic. Teraz ogromnie zaluje bo to byla wielka szansa. Po powrocie zaopatrzylam sie w porzadne materialy i ucze sie juz od 3-4 miesiecy. Co wiecej norweski coraz bardziej mi sie podoba i chce kontynuowac nauke.

    1. Dzięki, Aggi! Widzę, że u Ciebie było kolorowo. Rosyjskiego nie znosiłaś, a teraz za nim tęsknisz. Nauka niemieckiego przychodziła Ci z łatwością, ale dziś nie ciągnie Cię do niego specjalnie. Z francuskim na początku było ciężko, a potem trafiłaś na świetną nauczycielkę. Przynajmniej nie jest nudno, co :)?

      Powodzenia z norweskim! Uwielbiam ten pierwszy okres zakochania w języku!

    2. O tak, zdecydowanie przechodze faze zakochania. I co lepsze – przez podobienstwo norweskiego do niemieckiego znow zaczynam rozwazac powrot do nauki tego jezyka naszych sasiadow. Zobaczymy jak to bedzie.
      A rosyjski ma w sobie cos uwodzicielskiego. Lubie jego spiewne brzmienie.
      I przepraszam za brak polskich znakow.

  12. Świetny pomysł na posta! 🙂
    U mnie o dziwo nie zaczęło się od angielskiego, a od włoskiego i francuskiego. Włoski- dlatego,że się tam urodziłam i po powrocie do Polski ten język wszędzie mnie otaczał (tv,mama,znajomi,komputer itd) więc tak jakos przyswoiłam ten język i kulturę. Nigdy się włoskiego tak na prawdę nie uczyłam, po prostu od zawszę go chłonęłam ale teraz jak jestem starsza mam nadzieje, troche sie podszkolic gramatycznie 🙂
    A co do francuskiego to mam rodzinę w Belgii w części francuskiej, więc jak byłam mała to również chłonęłam francuski ale mniej niż włoski, bo tylko kiedy rodzina przyjeżdżała (wakacje, ewentualnie święta). Dalszą przygodę z francuskim mam w szkole, uczyłam się francuskiego w gimnazjum i uczę się nadal w liceum 🙂
    Natomiast angielski to jak chyba każdy,zaczęłam w szkole i najciężej z tych 3 języków mi idzie, pewnie dlatego że się bardzo różni od nich.
    Kiedyś się jeszcze nauczyłam trochę hiszpańskiego z seriali ale nie praktykowane się zapomina 🙂

    Zapraszam również do siebie: http://scritto-con-la-pasta.blogspot.com/

    1. Hej Laura! Fantastyczne jest to, co piszesz – takie chłonięcie języka przez naturalny kontakt z nim. Ja nigdy nie uczyłem się języka w ten sposób, więc jest to dla mnie w jakiś sposób fascynujące.

      Zajrzałem na Twojego bloga. Super jest ten bogato ilustrowany post o Florencji, przypomniałem sobie swoje wakacje w tym mieście sprzed kilku lat 🙂

  13. Witam, zacznę od tego, iż bloga czytam już dość długo, a to mój pierwszy komentarz 😉
    Jeszcze jako mały berbeć osłuchiwałam się z dwoma językami, bowiem w domu bardzo często mówiło się po białoruski i rosyjsku. Chłonęłam te dwa języki przez bliżej nieokreślony czas, po czym nastąpiła dość długa, bo wieloletnia przerwa w otaczaniu się przeze mnie językami ze względów rodzinnych oraz spowodowana przeprowadzką. W międzyczasie (gdzieś w 4 czy 5 klasie) rozpoczęłam naukę języka angielskiego jako że była ona narzucona przez program. Język angielski nie jest moim ulubionym, nie darzę go zbyt wielką sympatią, natomiast jego znajomość jest bardzo przydatna. 🙂 I tak w pewnym momencie życia (bodaj w wieku lat 14) zawzięłam się i nadrobiłam zaległości- do dziś przydaje mi się w życiu codziennym.
    Kolejnym językiem jest język niemiecki, który wybrałam w szkole jako drugi… uwaga, zamiast rosyjskiego. 😉 Wybór słuszny, ponieważ zaowocował poznaniem niemieckiego, który nie ukrywam, że darzę dość dużą sympatią do tej pory. Nadal znajduję czas na jego naukę, bo jak wiadomo szkoła nie zawsze radzi sobie z nauką tego języka w sposób perfekcyjny (delikatnie mówiąc).
    Kolejną moją tym razem rzeczywistą językową miłością jest język norweski, którego naukę rozpoczęłam kilka lat temu, gdzieś mniej więcej 3 lata temu, kiedy to materiały do jego nauki nie były aż tak szeroko dostępne jak w tym momencie-było ich mniej nie wspominając już o tym, że było to jeszcze przed rozbudzeniem się szerszego zainteresowania nim. Po tych długich godzinach spędzonych na solidnej (mniej lub bardziej nauce)- zdarzało się siedzenie nad książkami po nocach, nie wspominając o korzystaniu podczas nauki z internetu i źródeł naturalnych (znajomości z nativami, filmy itp.- mogę stwierdzić, że język znam w stopniu średniozaawansowanym, co skutkuje wieloma profitami od korzyści towarzyskich poprzez i chyba przede wszystkim doświadczenie w nauce języków i tym, że stały się one dla mnie pasją.
    Wracając do najważniejszych (mianowicie do rosyjskiego i białoruskiego)- moje zainteresowanie nimi począwszy od bodaj 13. roku życia po przerwie o której wspomniałam wzrastało. Czas ten był wypełniany bardziej otaczaniem się nimi niż nauką gramatyki 😉 W pewnym momencie solidnie wzięłam się za gramatykę (rosyjską)- i w ten sposób język ten stał się autentycznie dla mnie ważny. Na białoruski staram się znajdować czas, otwiera nowe możliwości pomimo rzekomej nieprzydatności 🙂 Tylko trzeba umieć szukać. Że też nie wspomnę o względy czysto sentymentalne. Mam jeszcze na swoim życiowym koncie kilka językowych zauroczeń, lecz jedyne naprawdę realne to perski i arabski- podstawy drugiego znam (w wariancie egipskim) póki co w dość skąpym stopniu, a jeśli chodzi o perski- cóż, niezrealizowane marzenie, które jednak utrzymuje się i kusi…
    Komentarz pozostawiam baardzo obszerny, mam nadzieję że nikogo nim nie zanudziłam. 🙂 Pozdrawiam.

    1. Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się zostawić komentarz! Nawet nie wiesz, jaka to frajda dla mnie dowiedzieć się, że kolejna osoba regularnie tu zagląda 🙂

      Twoja historia jest jedyna w swoim rodzaju. Co mnie szczególnie urzekło, to że większość Twoich języków nie należy wcale do tych najpopularniejszych. Białoruski, arabski czy nawet norweski… Bardzo ciekawy zestaw – i to jaki różnorodny 🙂

  14. Może wyjdę na ignoranta, ale gdzie właściwie używasz języka esperanto? Czy kiedyś Ci się przydał? Ktoś go w ogóle używa? Przyznam, że spotkałam się z nim w liceum, kiedy kolega napomknął, że zaczął się go uczyć. Jednak do tej pory nigdy nie miałam okazji spotkać się z nim. Raczej za język międzynarodowy uznałabym angielski. Po prostu ciekawi mnie czy ktoś go stworzył, żeby był czy ktoś go faktycznie używa 😛

    1. Dzięki za to pytanie, Paolka! Rzeczywiście esperanto nie zyskało takiej popularności, o jakiej marzył Zamenhof (czyli człowiek, który je zaprojektował). Miał to być w domyśle prawdziwy język międzynarodowy, którym można by się porozumieć z ludźmi w każdym miejscu na świecie (a przynajmniej w Europie). Dzisiaj esperanto zna prawdopodobnie jakieś kilkaset tysięcy ludzi. Czy to dużo? Na pewno za mało, żeby liczyć na to, że przypadkiem trafimy na esperantystę w zagranicznym hotelu czy restauracji. Ale z drugiej strony jest to na tyle spora grupa, że jeśli tylko poszukamy, to esperantystów znajdziemy w każdym większym mieście na świecie.

      Esperanta można używać tak samo, jak każdego innego mniej popularnego języka. Jeśli się zbierze grupka ludzi, którzy go znają (a o to nietrudno, bo esperantyści garną się do siebie i lubią organizować spotkania), to mogą robić, co tylko zechcą – dyskutować na przeróżne tematy, pisać i czytać książki, grać w sztukach teatralnych, żartować, śpiewać, prowadzić interesy itd. Trochę więcej na ten temat pisałem w artykule, o którym wspomniałem w poście: http://si-je-marija.blogspot.com/2013/07/jaki-to-jezyk-esperanto.html

      Pozdrawiam 🙂

  15. Witam 🙂

    Moja przygoda zaczęła sie jak u wiekszości od angielskiego 🙂 Od 2 kl. szkoły podstawowej 🙂 Aż do 2 gimnazjum uczyłem się go troche na przymus i nie byłem trójkowym uczniem. Później mama zapisała mnie do swietnej Pani korepetytorki na korki z angielskiego i w rok zrobiłem ogromny progres z jezykiem. Zgarniałem same piątki, napisałem ładnie egzamin gimnazjalny. Bardzo polubiłem angielski, później naukę tego języka kontynuowałem w Technikum, gdzie chodziłem na wszelkie mozliwe dodatkowe zajęcia z ang., konkursy. Pojechałem też na miesięczny staż do UK. Pokochałem angielski, zwłaszcza jego amerykańską odmiane. Najbardziej chyba zapałałem sympatią do gramatyki. Dzięki angielskiemu dostałem pierwszą pracę. Do dziś uzywam do na codzień. Czytam, oglądam po angielsku. Mam kilku znajomych obcokrajowców z którymi rozmawiam w ingliszu 🙂 Generalnie american english stał się dla mnie niemal moim drugim językiem 🙂

    Zachęcony wynikami z angielskiego postanowiłem wykorzystać 'smykałke' do tematu i poszedłem na filologie hiszpańską od podstaw 🙂 Aktualnie po 1,5 roku mój poziom znajomosci hiszpanskiego to A2/B1 (wciąż problemy z osłuchaniem). Codziennie ćwicze ok. 20-30 minut słownictwo (w programie Profesor Pedro). Jestem mega zajarany hiszpanskim i po filologii hiszpańskiej chciałbym jeszcze spróbować z włoską :d Myslę, że kiedyś chciałbym się także pouczyć portugalskiego 🙂

    W trakcie edukacji miałem także styczność z niemieckim i łaciną. W gimnazjum z niemieckiego szło mi nawet dobrze, ale w technikum nauczycielka zraziła mnie do języka i pozapominalem wszystko. Aktualnie to ani be ani me po niemiecku 🙂
    Na pierwszym semestrze studiów miałem Łacinę. Nie nauczyłem sie zbyt duzo, bo to był tylko 1 semestr ale bardzo mi się spodobała i wiekszość rzeczy których sie nauczyłem pamiętam do dziś 🙂 Kiedyś chetnie bym jeszcze przysiadł troche do łaciny 🙂

    1. Dzięki za Twoją historię, Damian, cieszę się, że po kilku miesiącach pojawiają się nowe komentarze pod tym wpisem 🙂 Wyczuwam w Tobie pokrewną duszę. Ja też zawsze bardzo lubiłem gramatykę i miałem problemy z osłuchaniem. No i też miałem łacinę na studiach (2 semestry), która mi się bardzo podobała, pewnie przez to zacięcie gramatyczne. Powodzenia na studiach i dużo radości w dalszej nauce!

    2. z tym, że np w angielskim słuchanie jest u mnie najlepiej rozwiniętą sprawnością. Moje rozumienie ze słuchu to dość mocne C1, gdzie pisanie, mówienie to takie porządne B2.

      Chociaż hiszpańskiego uczę sie dopiero półtorej roku (a w praktyce tak naprawde z rok) i może po prostu potrzebuje czasu na osłuchanie. Mimo wszystko jest potężny progres, bo od maja z poziomu A1 wskoczyłem na poziom B1 i z każdym tygodniem dostrzegam coraz wiekszy progres. Ale fakt faktem uczę sie codziennie po minimum godzine (nieraz 3-4) od Maja (!). Więc lecę z intensywną edukacją 🙂

  16. Cześć,
    znalazłem ten post i Twój blog dopiero dzisiaj, dlatego bardzo spóźniony komentarz. Zainspirowałeś mnie do nakreślenia na moim blogu własnej drogi zmagań z różnymi językami – jeśli kogoś zainteresuje, to proszę wklejam link: http://kwolsz.pl/1ROVZs9
    Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszym prowadzeniu bloga,
    Krzysztof

    1. Dzięki za tak rozwiniętą odpowiedź! Bardzo lubię słuchać opowieści ludzi, którzy mają tyle doświadczeń związanych z nauką języków 🙂

  17. Witam! 🙂

    Moja przygoda z językami obcymi zaczęła się właściwie od 1 kl. podstawowej (kiedy to rozpoczęłam naukę języka angielskiego). Na początku nie traktowałam tego języka zbyt poważnie. Uczyłam się go, ponieważ musiałam. Nigdy nie miałam większych problemów, ale to nie była moja pasja. 😀

    Wszystko zmieniło się w gimnazjum, kiedy trafiłam na naprawdę dobrego nauczyciela, który (można rzec) zaraził mnie swoim zainteresowaniem co do angielskiego. Od trzech lat (w końcu mam zaledwie 16) uwielbiam uczyć się tego języka. 🙂 Nawet, gdy czegoś nie rozumiem, to i tak sięgam, czy to po słownik, czy jakąś poradę. Po prostu muszę się dowiedzieć, czy poprawnie napisałam daną rzecz itd. Angielski zdecydowanie mnie pochłonął, a teraz zgłębiam go jak tylko znajduję czas.

    Oczywiście w gimnazjum musiałam wybrać drugi język obcy. Zdecydowałam się na rosyjski, ponieważ wiedziałam, że moja mama w przeszłości miała z nim styczność i coś tam jeszcze pamięta. (Zawsze może mi pomóc :D) Z rosyjskim było zupełnie inaczej. Niby nauka nie sprawiała mi wielu trudności, to czułam, że wiem zbyt mało jak na trzy lata nauki. Ponadto nie podobał mi się tak bardzo jak angielski, co nie znaczy, że traktowałam go „po macoszemu”.

    Angielski i rosyjski w szkołach, a teraz pora na inne zagraniczne języki, z którymi miałam styczność.

    Zacznę od hiszpańskiego, którego w zasadzie nigdy się nie uczyłam. Podstawową wiedzę, zwroty nabyłam oglądając przez wiele lat różnorodne meksykańskie seriale (i nadal oglądam :D). 🙂 Z czasem rozumiałam coraz więcej, chociaż na początku w ogóle nie zwracałam uwagi na lektora hiszpańskiego, jedynie na tłumacza polskiego. 🙂 Często też słuchałam hiszpańskich utworów, dzięki którym nauczyłam się kolejnych wyrażeń itp. Jeśli chodzi oo gramatykę, to naprawdę niewiele potrafię. Kto wie? Może kiedyś zajmę się nim „na poważnie”? 🙂

    Podobnie było z tureckim. (Ba! Jest!) Poprzez oglądanie seriali musnęłam również i ten język. Jednakże nie planuję powiększać swojej wiedzy na ten temat. 🙂

    Na koniec zostawiłam język szwedzki, którym zajęłam się dosyć niedawno. Co do tego języka… nie znam powodów, dlaczego postanowiłam się go nauczyć. Ot tak. Po prostu spodobał mi się i tak wyszło. (choć wiem, iż jest zaliczany do trudnych języków) 😀 Na razie znam kilkanaście słów/zwrotów. Nic wielkiego. Jednak w tym przypadku nie zamierzam się poddawać. 🙂

    Podsumowując, miałam wiele przygód, jak widzisz, zaczepiłam o kilka języków. Czasem się tylko zastanawiam, czy może nie „pcham się” zbytnio na głęboką wodę, i czy to w ogóle ma sens?

    Pozdrawiam, Marta. 🙂

    1. Hej Marta!

      Jak na 16-latkę to masz spore doświadczenia na swoim koncie 🙂 I bardzo fajnie, Twój wiek to taki czas, kiedy można (i warto!) próbować różnych rzeczy, żeby zobaczyć, co nas kręci i czemu chcielibyśmy poświęcić się w większym stopniu w przyszłości. Powiem nawet, że Ci nawet trochę zazdroszczę (odezwał się we mnie staruszek 😉 Ja sam miałem niezłego fioła na punkcie języków, kiedy byłem w Twoim wieku, i też próbowałem uczyć się wielu różnych. Z większości nic nie wyszło, ale każde spotkanie czegoś mnie nauczyło i jakoś wzbogaciło moje życie.

      Życzę Ci jeszcze wielu wspaniałych chwil z językami – i nie tylko 🙂
      Janusz

Komentarze zostały zamknięte.