Trzy miesiące nauki niemieckiego – raport

Minęły trzy miesiące, od kiedy stworzyłem dla siebie nowy plan nauki niemieckiego. Czas na podsumowanie. Czy udało mi się osiągnąć to, co zamierzałem? Co mi wyszło, a co nie? Jakie wnioski mogę wyciągnąć na przyszłość? I co zamierzam robić dalej?

Źródło: HeavyWeightGeek via photopin cc

Przyznam się szczerze, że najchętniej bym nie pisał tego posta. Nie lubię się przyznawać do porażek (przypuszczam zresztą, że nie jestem w tym odosobniony). Mój pierwszy post opublikowany w tym roku spotkał się jednak z tak dużym zainteresowaniem i życzliwością, że jestem Wam winien sprawozdanie z tych trzech miesięcy – obiecałem Wam to zresztą w komentarzach.

Słowo „porażka” jest może nieco przesadzone, bo czegoś się przez te trzy miesiące nauczyłem. Na pewno jednak nie osiągnąłem takich wyników, na jakie liczyłem. Przypomnę, że przez pierwsze trzy miesiące roku planowałem pracować nad rozgadaniem się w języku niemieckim. Nie postawiłem sobie żadnego konkretnego celu, ale spodziewałem się, że na zakończenie tego projektu wyrażanie się po niemiecku będzie mi szło dużo swobodniej. Niestety postępy są bardzo niewielkie.

Dlaczego? Tak jak się obawiałem, problemem okazała się moja niesystematyczność wynikająca z braku czasu. Nie spodziewałem się jednak, że czasu będę miał aż tak mało. To oczywiście konsekwencja moich decyzji – z pewnych względów postanowiłem wziąć na siebie dodatkowe zobowiązania, które zaczęły mi każdego tygodnia pożerać dodatkowe godziny. Często sytuacja wyglądała tak, że kończyłem pracę późno w nocy i mając do wyboru położyć się spać na parę godzin lub pouczyć się niemieckiego, wybierałem jednak to pierwsze.

Jeśli czytaliście post 7 sposobów na naukę języka dla zabieganych, to pamiętacie może porównanie do pakowania walizki. Otóż doszedłem do wniosku, że w chwili obecnej moja walizka jest wypakowana na full i to samymi rzeczami, które są dla mnie ważniejsze od nauki niemieckiego. Jedną z takich rzeczy jest na przykład prowadzenie tego bloga. Zależy mi bardzo, żeby móc nadal dzielić się z Wami swoją wiedzą i pomysłami – i w dodatku robić to jak najbardziej regularnie. Jeśli miałbym wybierać, czy na ostatnie wolne miejsce do walizki wcisnąć bloga czy naukę niemieckiego, to bez wahania zdecydowałbym się na to pierwsze.

Dosyć rozwodzenia się nad tym, co mi się nie wyszło. Chciałbym podzielić się teraz z Wami tym, co udało mi się osiągnąć przez te trzy miesiące. Oto kilka rzeczy, które przychodzą mi na myśl:

  • Opracowałem metodę pracy z krótkimi nagraniami, która bardzo przypadła mi do gustu i błyskawicznie przynosi widoczne efekty (przynajmniej w moim wypadku). Zastosowałem ją wprawdzie tylko kilka razy, ale i tak mam poczucie, że dzięki tym ćwiczeniom posunąłem się do przodu w mówieniu. Pisałem o niej na początku marca w poście Przybornik: Nauka z nagraniami.
  • Nauczyłem się na pamięć kilku piosenek niemieckich (głównie z filmów Disneya). Tym samym nie tylko poszerzyłem swój repertuar (wykonywany przede wszystkim pod prysznicem, przed pustą widownią), ale też utrwaliłem sobie trochę nowych słów i zwrotów. Z piosenkami pracowałem, spisując je ze słuchu – tak jak pisałem o tym w artykule Przybornik: Nauka języka z piosenkami.
  • Odkurzyłem Anki i zacząłem tworzyć nową talię z przydatnymi zdaniami i zwrotami. Mam problemy z regularnymi powtórkami, ale liczę na to, że wkrótce uda mi się wrócić do powtarzania słownictwa w ten sposób.
  • Uświadomiłem sobie na nowo swoje problemy z perfekcjonizmem, który od czasu do czasu psuje mi szyki w nauce języków. Więcej na ten temat możecie przeczytać tutaj.
  • Last but not least, mam plan na poprawę umiejętności mówienia, który moim zdaniem jest naprawdę niezły i mogę go ponownie wcielić w życie w przyszłości, kiedy znowu znajdę czas na aktywną naukę.

Rodzi się pytanie: co dalej? Wiem, że w najbliższym czasie aktywna nauka niemieckiego nie wchodzi w rachubę. Nie znaczy to jednak, że chcę zupełnie zerwać kontakt z językiem. Dalej zamierzam czytać i słuchać różnych rzeczy po niemiecku – to mogę robić chociażby w autobusie lub w sklepie. Od kilku dni jestem też właścicielem smartfona, na którym od razu zainstalowałem mobilną wersję Anki. Dzięki temu będę mógł powtarzać słownictwo również wtedy, kiedy nie siedzę przed komputerem. To takie niezbędne minimum, które pomoże mi utrzymać znajomość języka na stałym poziomie. Natomiast kiedy tylko pojawią się widoki na większą ilość wolnego czasu, zamierzam wrócić do nauki aktywnej. W każdym razie nadal pozostaję wierny postanowieniu, że dopóki nie pchnę niemieckiego na wyższy poziom, nie zabiorę się za naukę kolejnego języka (a miałbym ochotę, oj miałbym :-)).

Mam nadzieję, że zaspokoiłem Waszą ciekawość. Gdybyście mieli jakieś pytania, chętnie odpowiem w komentarzach. A za tydzień przygotuję jakiś bardziej praktyczny tekst, który będziecie mogli wykorzystać we własnej nauce.

18 komentarzy

  1. Brawo, nie każdy umie się przyznać do tego, co nie wyszło 😉 Porażką bym tego nie nazwała, w końcu osiągnięcia też są! A Twoja metoda pracy z nagraniami jest fenomenalna 😀 Mam pytanie- jakich właściwie języków, oprócz niemieckiego, się uczysz?
    Powodzenia w dalszej nauce! 🙂

    1. Dziękuję za miłe słowa!

      Co do innych języków – w zasadzie poza niemieckim nie uczę się obecnie żadnego. Znam natomiast jeszcze dwa inne – angielski (z którym mam każdego dnia kontakt przez co najmniej kilka godzin, bo pracuję jako tłumacz, dużo też czytam, słucham i oglądam po angielsku) i esperanto (które kiedyś znałem bardzo dobrze, lepiej niż angielski, ale obecnie jest mocno zakurzone, korzystam z niego sporadycznie).

  2. Najważniejsze to się nie poddawać, choć porażki są demotywujące. Ja ostatnio również utknąłem i zastanawiam się nad jedną kwestią.

    Uczyłem się metodą bezpośrednią angielskiego (i szło mi całkiem nieźle oraz metoda mi się podobała), ale po przeprowadzce do innego miasta w firmie stosowana jest metoda tradycyjna która nie bardzo mi leży. Z jednej strony chodzę na zajęcia, bo samemu trudno się zmobilizować, a z drugiej łapię się na tym, że na zajęciach co chwilę sprawdzam zegarek :(. A że czytam właśnie książkę twórcy szkoły http://wladca-jezykow.pl to pomyślałem nad powrotem do metody bezpośredniej w innej szkole, ale nie bardzo mam czas i pieniądze. Dlatego zastanawiam się czy można "trenować" metodę bezpośrednią w domu, samemu korzystając z innych materiałów, np. podcastów z http://eslpod.com (10 $ za PDF to nie problem), przerabiając je odpowiednio.

    Czy ktoś ma doświadczenia z "chałupniczą, samoukową" metodą bezpośrednią? Mając nagrania (można je przgotować samemu) i odtwarzając je myślę, że możemy uzyskać zbliżony efekt jak na zajęciach, które tak naprawdę ćwiczą tylko automatyzm wypowiedzi. Pozostaje oczywiście kwestia merytoryczna materiałów, ale podręczniki Direct Method też nie są świętym graalem, (wyżej wymieniony twórca przygotował ich wiele do różnych języków – duński, norweski, szwedzki) więc chyba to nie jest problem. No i po wypracowaniu sposobu można tak ćwiczyć inne języki do których nie ma podręczników.

    Pozdrawiam
    Tomek

    1. Ciekawą kwestię poruszyłeś, Tomku. Ciężko będzie odpowiedzieć, bo nie wiem, na czym dokładnie polega metoda używana w poprzedniej szkole i jakie są jej założenia metodyczne. Domyślam się, że lekcje były w całości prowadzone po angielsku, nacisk był położony na słuchanie i mówienie, nie było formalnego nauczania gramatyki, a większość zajęć polegała na dialogu uczniów z nauczycielem i wielokrotnym (schematycznym?) powtarzaniu zdań i pytań zawierających typowe struktury języka?

      Jeśli chodzi o stosowanie takiej nauki samodzielnie w domu, to widzę dwa główne problemy. Po pierwsze – brak nauczyciela, który (tak sądzę) odgrywa dość ważną rolę w tej metodzie nauki. Nie wiem, jak to dokładnie wyglądało na Twoim kursie, ale jeśli podstawą był rzeczywiście dialog, to ciężko będzie sobie poradzić bez drugiej osoby, która nadaje kierunek rozmowie, reaguje na Twoje błędy i wprowadza w odpowiednim momencie nowy materiał.

      Drugi problem (istotny raczej na niższych poziomach znajomości języka) to kwestia materiałów. Jeśli zostały dobrze stworzone, to materiał językowy (słownictwo, gramatyka) jest wprowadzany stopniowo, systematycznie, według jakiegoś zamysłu, oraz regularnie powtarzany. Dobieranie losowych podcastów nie zapewni Ci takiej gradacji materiału. Oczywiście jeśli język angielski znasz już na dość wysokim poziomie, nie ma to aż takiego znaczenia, bo najważniejsze struktury gramatyczne i słownictwo masz już opanowane.

      Podsumowując – nie wydaje mi się, żeby można było dokładnie odtworzyć taką metodę samemu. Jeśli jednak taki sposób nauki dobrze do Ciebie przemawiał, to warto poeksperymentować i spróbować stworzyć coś podobnego. Nauka z autentycznymi materiałami to generalnie świetny sposób, ale każdemu pasuje trochę coś innego, więc nikt Ci raczej nie poda gotowego sposobu. Ściągnij kilka podcastów z pdfami i spróbuj popracować z nimi "na czuja". Po jakimś czasie stwierdzisz, co Ci się podoba i co przynosi efekty i będziesz mógł w razie potrzeby wprowadzić odpowiednie modyfikacje. Mój post sprzed paru tygodni ("Przybornik: Nauka z nagraniami") może się okazać pomocny, ale nie bój się próbować swoich sposobów.

      Powodzenia!

    2. Dzięki za odpowiedź 🙂

      Tak, właśnie mniej więcej na tym to polegało. Zaletą była maksymalna dawka interakcji w czasie lekcji w stosunku do tradycyjnych metod i "większy sens lekcji" jak dla mnie, bo czytanie czy robienie ćwiczeń można z powodzeniem ćwiczyć samemu w domu, na lekcji uważam to za stratę czasu. Z drugiej strony jest to metoda wymagająca od nauczycieli i uczniów. Ale w pewien sposób pozwoliła mi się rozgadać w angielskim, dlatego mam do niej pewien sentyment 🙂

      Ucząc się samemu obawiam się, że może zabraknąć tej interakcji z nauczycielem oraz jakości i metodyki dobrze opracowanego podręcznika. Choć z drugiej strony wypracowanie własnego, autorskiego sposobu samodzielnej nauki od podstaw języka pozwoli mi na poznanie kolejnych :-).

      Co do interakcji, to zastanawiam się czy dobrze opracowane nagranie z przerwami i wzorcami na odpowiedź (tak jak to jest w kursach audio) nie rozwiązałoby sprawy. W sumie mógłby to załatwić jakiś kurs audio, ale nie spotkałem jeszcze takiego gdzie byłoby więcej języka docelowego niż ojczystego. Jestem gorącym zwolennikiem takiego sposobu w jaki są realizowane podcasty z eslpod.com, one są dla mnie wzorem jeśli chodzi o materiał audio. Problem w tym, że nie znalazłem jeszcze żadnego tego rodzaju godnego odpowiednika w jakimkolwiek języku. Ekipa w składzie Lucy & Jeffa robi świetną robotę no i mają kierunkowe wykształcenie do tego, co niewątpliwie też wpływa na jakość tych materiałów.

      Sam się też zastanawiam czy wyeliminowanie nauczyciela i nauka poza naturalnym środowiskiem używania danego języka da jakiś efekt. Z angielskim nie mam takiego problemu, bo używam go w pracy często (choć nie pracuje w anglojęzycznym środowisku na co dzień), więc mam ciągły i bezpośredni feedback z czym mam problemy i co trzeba jeszcze dopracować. No i nie jestem na początkującym etapie.

      Co do innych języków, to nie wiem czy to bardziej jest chciejstwo i pobożne zyczenie niż konkretny zamiar :-), bo w codziennym życiu poza angielskim nie mam potrzeby używania innych języków :(. Myślę, że tu jest główny problem z nauką języków, mózg się w natualny sposób broni przed "sztucznym" uczeniem się nepotrzebnych rzeczy. Gdy jesteśmy zmuszeni dogadać się z pracownikiem, narzeczoną czy przyjacielem lub po prostu na ulicy w codziennym życiu w danym języku, to jakoś nauka idzie nam łatwiej 🙂

      Latem jadę w Dolomity powspinać się trochę, więc naturalnie pomyślałem nad opanowaniem włoskiego. Mam ok. 4 mies. i moim zamysłem jest opanowanie porządnie rozmówek jako backupu dla angielskiego, choć podejrzewam że w kontaktach z obsługą turystyczną sam angielski da radę.

      I tak jest z innym językami, będąc w Barcelonie żałowałem, że nie znam hiszpańskiego, bez niego interakcja w lokalnych barach jest niemożliwa nawet w tak turystycznym mieście jak Barcelona. Tak więc, z jednej strony ciągnie mnie do innych języków, z drugiej myślę, że uczenie się dla tak naprawdę wykorzystywania go tylko podczas urlopu nie bardzo ma sens i bardziej warto popracować nad niewystarczającą znajomością angielskiego w moim życiu. Angielski ma tą zaletę nad innymi, że zawsze znajdzie się ktoś kto go zna lepiej niż gorzej (choć nie jest to regułą np. w krajach byłego ZSRR czy Ameryce Południowej).

      Podsumowując – czas na eksperymenty i próby 🙂 i co najważniejsze przeznaczanie wystarczającej ilości czasu na kontakt z językiem. Wciąż mam poczucie, że nie wykorzystuję tu 100% możliwości.

      Pozdrawiam
      Tomek

  3. Jak to się mówi na mojej uczelni: "brak wyniku to też wynik" 🙂 Ja ostatnią porażkę zaliczyłam wczoraj, kiedy mając mnóstwo czasu, nie zrobiłam kompletnie nic, zupełnie go nie wykorzystałam… Nie wiadomo co gorsze – mieć tyle na głowie że już nic dodatkowego nie mieści się w harmonogramie, czy mieć o wiele za dużo wolnego czasu, żeby zrobić cokolwiek. Pozostaje nam tylko jedno: uszy do góry i postanowienie poprawy (dla mnie najbliższa okazja do poprawy w następną środę).
    Życzę powodzenia w najbliższym miesiącu 🙂
    mon4

    1. Oj, też to dobrze znam. Od czasu do czasu trafi mi się wolny dzień i wiem, jak łatwo wtedy przepuścić czas przez palce… Powodzenia w środę w takim razie 🙂

  4. Ja też zaliczyłam porażkę! I też wstyd mi się przyznać… Pierwszy raz zajrzałam tutaj, nie znałam wcześniej tego bloga. Ja piszę bloga o nauce angielskiego, szczególnie bliskie są mi mnemotechniki, stosuję je i sama i w szkole. Też jeśli mam do wyboru popracować nad blogiem albo się uczyć wybieram blog. Albo milion innych rzeczy do przeczytania (głównie z metodyki, która mnie niesamowicie "kręci'). W odróżnieniu od Ciebie ja obecnie siedzę w domu na zwolnieniu, niby mam sporo czasu. Postanowiłam sobie, że codziennie będę douczać się słówek. Uczyłam się pilnie, codziennie, przez… 2 miesiące? Jakiś czas temu coś się rozprzęgło i stop. Jakoś raźniej mi się zrobiło jak przeczytałam Twój wpis:) W ogóle poczytałam sobie niektóre inne wpisy i bardzo mi się tu podoba! Dopisuję do mojego "feedly":) Zapraszam też do mnie: englishmyway.pl (mam nadzieję, że nie odbierzesz tego jako autoreklama, nie taki jest mój cel). Pozdrawiam serdecznie!

    1. Dziękuję Ci za odwiedziny, Aniu, i cieszę się, że ten niezbyt radosny post poprawił Ci humor 🙂 Dzięki za namiary na Twojego bloga, bardzo mi się podoba, zwłaszcza te szczegółowe posty o wzrokowcach, słuchowcach itp. Będę zaglądał częściej (w miarę wolnego czasu, oczywiście!). Pozdrawiam!

  5. Chcialem podac osobisty przyklad odwrotny, czyli wypelnienia trzymiesiecznego planu na 100% i dalekie skutki tego przedsiewziecia, ale komentarz bylby za dlugi i moglby konkurowac z Twoim postem, wiec zaniechalem. Chodzilo o to, ze radosc z sukcesu jezykowego na pewno zamieni sie we frustracje, gdy nauke tego jezyka zawiesimy na dluzszy czas. W zapomnienie idzie praktycznie WSZYSTKO! Wiec na pokrzepienie serca masz taka perspektywe, ze gdybys zrealizowal wszystko co zalozyles, a potem odlozylbys niemiecki na dluzej to bylbys jeszcze bardziej wsciekly, ze straciles cos co juz miales.Nauka jezykow to w przewazajacym stopniu sztuka dla sztuki, najwazniejsze to miec tego swiadomosc-takie hobby…Pozdrawiam!

    1. E tam, przydałoby się tu trochę więcej optymizmu, więc jeśli masz wenę, to wrzuć całą historię w pełnej rozciągłości!

      Dzięki za pokrzepiającą uwagę 🙂 To prawda, czasem szkoda nauki, która idzie potem w zapomnienie przez lenistwo czy zaniedbanie. Z drugiej strony mam takie wrażenie, że odświeżanie zapomnianego materiału zawsze idzie jednak szybciej niż nauka czegoś zupełnie nowego. I chociaż mam np. świadomość, że moje esperanto spadło w ostatnich latach o kilka poziomów, to jestem przekonany, że mógłbym stosunkowo szybko wrócić do formy sprzed lat, gdybym się tylko solidnie przyłożył na kilka tygodni.

  6. Zostawię komentarz tutaj choć może pod innym postem jest na to lepsze miejsce, ale nieważne. Chciałem ci bardzo bardzo pogratulować bloga i podziękować za to, że go prowadzisz. Od trzech lat "szarpię się" z nauką włoskiego. Większość czasu marzę o tym, że swobodnie rozmawiam z nativami, a mniej czasu robię cokolwiek by ten cel osiągnąć. Ale przez ostatnie dwa tygodnie zrobiłem sobie rozrachunek ze swoich decyzji i marzeń. Jedno jest pewne, po włosku będę mówił i to już niebawem. A to między innymi dzięki tobie i kilku innym blogerom. Twój blog jednak chyba najbardziej otworzył mój umysł i pozwolił dostrzec to co zawsze było tuż obok ale z jakichś powodów pozostawało niezauważalne. Ze swoim projektem wystartowałem w poniedziałek. Wiem, wiem to niezbyt dawno i jest jeszcze ten zapał początkującego, ale tym razem się nie poddam. Cel mam rozsądny. Plan niewygórowany. Pierwsze kamienie milowe ustawiono. Teraz tylko czas na pracę. Trzymaj kciuki, za moje powodzenie. 😉 15 sierpnia kończę pierwszy etap. I obiecuję, że napiszę pod tym komentarzem jak poszło. Niezależnie od wyniku. Jeszcze raz dzięki. Pozdrawiam. Kuba

    1. Cześć Kuba! Bardzo się cieszę, że to, co piszę na blogu, tak Cię pozytywnie zainspirowało. Każdy taki sygnał to dla mnie wielka radość 🙂

      Fajny pomysł ze zdaniem raportu w tym miejscu, trzymam za słowo! Mam dla Ciebie dodatkową propozycję. Kiedy będziesz miał jakiś poważniejszy kryzys (a niemal na pewno będziesz miał), napisz mi o tym. Może być tutaj, możesz mi wysłać maila. W takich momentach warto poprosić o wsparcie drugą osobę. No chyba że masz w swoim otoczeniu kogoś, kto takie wsparcie Ci zapewni 🙂

      Pozdrawiam serdecznie i buona fortuna!

    2. Hej! Wiem, że do 15 sierpnia jeszcze szmat czasu, ale postanowiłem napisać jak mi idzie. A idzie nieciekawie. Przez pierwsze tygodnie nauka szła mi jak burza. Prawdopodobnie dlatego, że w zasięgu wzroku był wyjazd do Włoch i to dawało wielkiego kopa. Po powrocie można powiedzieć, że nie robiłem nic. Tłumaczyłem to sobie tym, że chcę chwilę odpocząć i… ten odpoczynek jakoś tak bardzo się wydłużył. Obecnie znów się mocno zmotywowałem i pomimo bardzo napiętego planu dnia staram się poświęcić na naukę choć 15 minut. Lekko nie jest bo moje lenistwo jednak jest ogromne, ale staram się i jakoś ślimaczym krokiem ale wciąż do przodu. Także 15 sierpień jako punkt kulminacyjny pierwszego etapu nie wchodzi w grę. Za dużo czasu pochłonęło mi nic nie robienie. Ale już wyznaczam kolejną datę pierwszej minimety i zabieram się do pracy. Miłych wakacji i nie zapominajcie o swojej językowej pasji.

    3. Dzięki za sprawozdanie, Kuba! Ja tam nie uważam, żebyś miał się czego wstydzić. W końcu liczy się nie to, że upadniemy, ale to, że po tym upadku się podniesiemy. Wiem, straszny banał i oklepany frazes, ale prawdziwy 🙂 Powodzenia i wytrwałości!

Komentarze zostały zamknięte.