Portal językowy Edustation.pl – recenzja

czyli… no po prostu recenzja!

W ostatnich dniach wielu blogerów językowych, w tym i ja, otrzymało informację od właścicieli strony internetowej Edustation o uruchomieniu nowych kursów językowych. Jako że o stronie wcześniej nie słyszałem, a na pierwszy rzut oka wydała mi się interesująca, postanowiłem się jej przyjrzeć dokładniej. Wyszła z tego dość długa recenzja. Jeśli nie masz tyle cierpliwości, zajrzyj na sam koniec („Podsumowanie”), żeby stwierdzić, czy warto 
poświęcić
platformie Edustation więcej uwagi.

Źródło: www.edustation.pl

Zacznijmy od krótkiego opisu. Edustation to strona, na której można się uczyć kilku języków – obecnie dostępny jest język angielski, polski (dla obcokrajowców), francuski, niemiecki i hiszpański. W planach jest też rosyjski. Strona składa się z trzech głównych działów:
  • Dział Learn zawiera materiały do nauki: kursy dla początkujących (na razie tylko dla angielskiego), tzw. mini lekcje, filmy wideo z transkrypcją, zdjęcia do nauki słownictwa, teksty i słownik.
  • W dziale Talk można nawiązać kontakt z innymi użytkownikami, przeglądać ich profile czy porozmawiać z nimi na czacie.
  • Dział Enjoy zawiera póki co cztery gry służące głównie do powtarzania słownictwa.
Większość materiałów zawartych na stronie jest darmowa. Płatnych jest większość mini lekcji, a od 1 stycznia 2014 r. płacić będzie trzeba też za
kursy. Pozostałe materiały mają – według autorów strony – pozostać darmowe. Żeby skorzystać z niektórych funkcji serwisu (przede wszystkim tych społecznościowych) trzeba się zarejestrować. Przy rejestracji warto podać kod promocyjny „KURSEDU2013”, dzięki któremu dostaniemy do wykorzystania 20 monet (równowartość 2 złotych).

Moje pierwsze wrażenie było pozytywne. Strona jest ładnie zrobiona, interfejs jest przejrzysty. Autorzy zadbali też o nowych użytkowników: po otwarciu po raz pierwszy któregoś z działów możemy skorzystać z krótkiego, konkretnego przewodnika, który prezentuje główne funkcje i elementy interfejsu. Za to duży plus.

Przyjrzyjmy się teraz poszczególnym działom. Zacznę od darmowych elementów, natomiast mini lekcje i kursy omówię na końcu.

1. Dział Learn

Darmowe materiały dostępne w tym dziale to filmy wideo, teksty z nagraniami, zdjęcia z podpisami i słownik. Widać, że autorzy postanowili na naukę z kontekstu – to się chwali. W razie wątpliwości można kliknąć na nowe słowo i wyświetlić jego tłumaczenie (choć tu pojawiają się duże problemy – patrz niżej). Mnogość kanałów też robi dobre wrażenie – można coś obejrzeć, posłuchać, przeczytać, każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie.

Najmocniejszym elementem strony są moim zdaniem filmy wideo z transkrypcją. Wszystkie z nich pochodzą z YouTube, transkrypcje również – jak przypuszczam – nie zostały przygotowane przez autorów, lecz skopiowane stamtąd. [EDIT: Jednak źle przypuszczam – jak poinformowali mnie autorzy strony, 80% transkrypcji zostało przygotowanych przez nich.] Na czym więc polega przewaga Edustation nad YouTube? Przede wszystkim na tym, że autorzy wyselekcjonowali najciekawsze (ich zdaniem) filmy i podzielili je na kategorie tematyczne oraz poziomy zaawansowania. Dzięki temu możemy szybko znaleźć coś na temat, który nas interesuje i będzie odpowiednio łatwe/trudne. To samo dotyczy zresztą pozostałych materiałów, czyli tekstów i zdjęć.

Są jakieś minusy? Są, choć niewielkie. Po pierwsze, filmy na poziomie początkującym są stosunkowo trudne. To zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z autentycznym materiałem, a nie specjalnie przygotowywanymi dla uczniów nagraniami, ale osoby na poziomie A1/A2 mogą się zniechęcić. Druga sprawa to to, że w transkrypcji znajdują się czasem błędy i pominięcia – raczej drobne, ale jednak.

Największy minus (i – moim zdaniem – najgorszy element całej strony) to jednak słownik. To dotyczy całego serwisu, nie tylko działu z filmami, gdyż znaczenie słówek można sprawdzać praktycznie z dowolnego miejsca strony. Kilka kwiatków, które znalazłem:
  • Brakuje tłumaczeń niektórych podstawowych słów, np. niemieckiego Schwester (siostra).
  • Niektóre tłumaczenia są zupełnie od czapy, np. Fortschritt (postęp) tłumaczony jest jako „postępówa”, a Meer (morze) jako „mór”.
  • Sensowne tłumaczenia są często wymieszane z zupełnie błędnymi, np. niemieckie Haus (dom) tłumaczone jest w słowniku tak: kamienica kurnik dom house zajączka stróżyć domek (nie zmyślam, sprawdźcie sami!).
  • W jednej z pierwszych lekcji kursu angielskiego dla początkujących znajduje się zdjęcie kilku ludzi opatrzonych etykietką people. Po kliknięciu na słowo otrzymujemy następujące tłumaczenie: pojąć, pospólstwo, zaludniać, osoba. Po kliknięciu na słowo woman przy zdjęciu elegancko ubranej kobiety dowiadujemy się, że jest to: baba, facetka, kobieta, babeczka. W tej właśnie kolejności. Bez komentarza.
Przykłady mógłbym mnożyć, bo takich kwiatków jest niestety mnóstwo. Słownik, zamiast rozjaśniać, zazwyczaj zaciemnia. Przypuszczam, że jego działanie opiera się na Tłumaczu Google albo innym automatycznym translatorze. To, że po blisko trzech latach od uruchomienia strony słownik wygląda w taki sposób, to moim zdaniem olbrzymie zaniedbanie.

Idziemy dalej: zakładka ze zdjęciami. Fotografie są bardzo ładne, podpisano
na nich
w języku obcym niektóre elementy. Wszystko oczywiście podzielone na kategorie tematyczne i poziomy. Niby nic wielkiego, ale można podłapać trochę ciekawych słówek. Pod warunkiem, oczywiście, że nie będziemy polegać na tłumaczeniach proponowanych przez słownik.

Kolejna zakładka to różne teksty. Działa to trochę podobnie jak w przypadku filmów wideo, tylko że tym razem dostajemy krótki tekst i nagranie. Podobnie jak w przypadku filmów teksty na poziomie początkującym nie są wcale banalne. Drobne wątpliwości budzi jakość nagrania – w rzeczywistości tekst odczytywany jest przez syntezator mowy (jak zresztą prawie wszędzie indziej na stronie, poza filmami wideo oczywiście). Jakość jest wysoka, ale maszyna nie mówi jednak jak człowiek. Wywala się często na skrótach czy nazwach własnych, a intonacja bywa nienaturalna.

Ostatnia zakładka w tym dziale to słownik, o którym dość już napisałem. Dla równowagi dodam trzy pozytywy: po pierwsze wszystkie słowa mają wymowę (syntezator, ale jakość jest zwykle dobra). Po drugie, dla wielu wyrazów dostępne są zdania przykładowe. Po trzecie, po zarejestrowaniu istnieje możliwość zaznaczania nowych słówek (z dowolnego miejsca na stronie). Wszystkie wybrane słowa trafią na listę, do której mam dostęp właśnie w tym miejscu – możemy sprawdzić ich znaczenie albo je powtórzyć.

2. Dział Talk

Na stronie zarejestrowanych jest obecnie ponad 37 tysięcy użytkowników. Nawet jeśli założymy, że tylko kilka procent korzysta aktywnie ze strony, to i tak jest z kim porozmawiać. Możemy przeszukiwać użytkowników według różnych kryteriów, zapraszać ich do grupy znajomych, wysyłać do nich wiadomości albo porozmawiać z nimi na czacie. Istnieje też możliwość rywalizacji w grach, o których piszę niżej.

Problem pojawia się, jeśli chcemy dorwać jakiegoś native speakera. Edustation to polski portal, więc nic dziwnego, że większość stanowią Polacy. Promowany jest też, zdaje się, na Wschodzie (założyciel Edustation, sympatyczny Dmitrij Żatuchin, pochodzi z Ukrainy). Kiedy ostatnio sprawdzałem, w bazie znajdowało się 18268 osób, które jako swój język ojczysty zaznaczyły polski. Na kolejnych miejscach były języki: rosyjski (2439), hiszpański (587), ukraiński (367) i angielski (278). Jeśli ktoś uczy się rosyjskiego, ma spore szanse na zawarcie ciekawych wiadomości. W przypadku innych języków trzeba się zapewne wykazać sporą wytrwałością.

3. Dział Enjoy

Znajdujące się tu gry i ćwiczenia mają uprzyjemnić naukę. Idea szczytna, ale wykonanie moim zdaniem trochę gorsze. Co mamy do dyspozycji?
  • Wykreślanki. Kilka losowo wybranych słów trzeba znaleźć i zaznaczyć na wypełnionym literami diagramie. Jeśli ktoś lubi takie zabawy, to super, ale nie widzę, jak to ćwiczenie ma poprawić znajomość języka. Czas poświęcony na żmudne skanowanie diagramu można przecież wykorzystać dużo lepiej: powtórzyć kilka razy na głos dane słowo, zapisać, obejrzeć je na zdjęciu czy wreszcie zobaczyć, jak się go używa w zdaniu.
  • Dyktando. Tu przynajmniej wiadomo, co ćwiczymy – pisownię. Zadanie jest proste: trzeba bezbłędnie zapisać odczytane słowo. Niestety chodzi o pojedyncze, wyrwane z kontekstu wyrazy, więc łatwo o problemy (np. angielskie wyrazy „to”, „two” i „too” wymawia się identycznie). Co gorsza, jeśli nie mamy pojęcia, jak dane słowo zapisać, to się tego nie dowiemy – strona nie poda właściwej odpowiedzi, może jedynie podpowiedzieć, które litery są na właściwym miejscu. [EDIT: Cofam to – po kilku nieudanych próbach wyświetla się jednak prawidłowa odpowiedź.]
  • Obrazki. To jedyne ćwiczenie z zestawu, które mi się podoba. Polega na podpisaniu poszczególnych elementów zdjęcia.
  • Rozsypanka wyrazowa. Tu trzeba ułożyć wyrazy we właściwej kolejności, aby powstało poprawne zdanie. Ćwiczenie znane z podręczników, ma pewne zalety, ale pod warunkiem, że zdania dobrane są sensownie. Te nie są – wyrwano je z dłuższych tekstów i często trudno je zrozumieć bez szerszego kontekstu. Poza tym tu też nie poznamy rozwiązania, dopóki sami na nie nie wpadniemy. [EDIT: Jednak jest szansa – można użyć przycisku „read”, a lektor odczyta całe zdanie, co pomoże wybrnąć z impasu. U mnie w Operze z jakiegoś powodu przycisk nie działa, ale w Mozilli chodzi bez zarzutu.]
Podoba mi się natomiast możliwość rywalizacji z innymi uczestnikami. Nie wpływa to może na przyswajanie wiedzy, ale z pewnością dodaje atrakcyjności nauce.

Materiały płatne

Płatne materiały znajdują się w dziale Learn. Są to mini lekcje i kursy angielskiego dla początkujących.

Mini lekcje to krótkie prezentacje słownictwa z jednej dziedziny lub określonego zagadnienia gramatycznego, zakończone ćwiczeniami. Nowe słowa są odczytywane na głos, a do tego zilustrowane zdjęciami i, w niektórych przypadkach, przykładowymi zdaniami. Lekcje gramatyczne zawierają regułki, przykłady i czasem zdjęcia. Na końcu znajdują się ćwiczenia powtórkowe. Bez niespodzianek: zazwyczaj jest to wykreślanka, dyktando i rozsypanka wyrazowa. Lekcje są ładnie zrobione, cieszy zwłaszcza użycie ładnych zdjęć, jednak nie wydają mi się warte swojej ceny. Kilka jest darmowych, ale większość kosztuje od 10 do 50 monet (od 1 do 5 zł). Ja swoje 20 monet wydałem na lekcję o dzikich zwierzętach po niemiecku. Obejrzałem kilkanaście pięknych zdjęć, dowiedziałem się, jak jest po niemiecku paw, ale dużo więcej z tego nie wyniosłem. Nie dałbym za to raczej 2 zł, gdybym musiał je wyłożyć z własnej kieszeni.

Kursy są na razie darmowe, ale ma się to zmienić od stycznia 2014 r. Na razie dostępne są dwa kursy angielskiego dla początkujących. W sumie do złudzenia przypominają one mini lekcje, tyle że ułożone w określonym porządku (według złożoności materiału). Uwagi jak wyżej: jest to ładnie wykonane, ale dość schematyczne i – na dłuższą metę – raczej nudne. Duży plus za to, że zdania czytane są przez lektorów. Co do minusów – irytujące jest to, że nie można przeskakiwać poszczególnych ekranów. Jeśli autorzy kursu wymyślili sobie, że mam zrobić wykreślankę, to mam ją zrobić i już, inaczej nie przejdę do dalszej części lekcji. Dla mnie to jednak 3 minuty stracone bez sensu.

Podsumowanie

Wrażenia mam mieszane. Edustation ma ładny interfejs i jest dopracowana pod względem graficznym. Cieszy duża ilość zdjęć, filmów, nagrań dźwiękowych. Podoba mi się praca, jaką autorzy wykonali przy selekcjonowaniu filmów i tekstów, dzieleniu ich na kategorie tematyczne i poziomy trudności. To bardzo ułatwia szybkie znalezienie czegoś interesującego. Jeśli zdecyduję się dalej korzystać ze strony, to właśnie w charakterze katalogu interesujących materiałów językowych. Dla niektórych ciekawe mogą się też okazać możliwości społecznościowe portalu, ale żeby je lepiej ocenić, musiałbym spędzić tam więcej czasu.

Największym mankamentem Edustation jest beznadziejny słownik, proponujący na każdym kroku absurdalne tłumaczenia. Słabym elementem są też, moim zdaniem, gry i ćwiczenia. Przeszkadza mi, że poza nielicznymi wyjątkami wszystkie teksty odczytywane są przez syntezator mowy. Wreszcie nie zachwycają mnie materiały, za które trzeba (lub trzeba będzie wkrótce) płacić. Mini lekcje nie są moim zdaniem warte swojej ceny, a kursy wydają się mało porywające.

Macie inne odczucia? Czy uważacie, że jestem zbyt krytyczny? A może za bardzo pobłażliwy? Bardzo jestem ciekaw Waszej opinii, którą możecie – jak zwykle – wyrazić w komentarzach 🙂

9 komentarzy

  1. Jak zwykle pełen profesjonalizm 🙂 Trudno się nie zgodzić z Twoją recenzją. Też mam wrażenie, że platforma jest niedopracowana, ale mam nadzieję, że skoro cały czas się rozwija, jeszcze wiele może się zmienić. Mnie najbardziej podobają się filmy wideo, zgadzam się, że to najmocniejszy element strony. To coś, dzięki czemu na pewno będę odwiedzała Edustation. Nie zdecydowałabym się jednak na płatne materiały, bo z reguły tego nie robię, zwłaszcza, gdy nie są warte swojej ceny.
    Wkleję link do Twojej recenzji na bloga, na pewno przyda się czytelnikom 🙂

    1. To prawda, widać, że strona – mimo swojego wieku (już blisko trzy lata) – wciąż się zmienia. Zresztą dostałem dzisiaj maila od autorów z podziękowaniem za recenzję i zapewnieniem, że przeanalizują moje uwagi, również te krytyczne 🙂 Tak więc myślę, że za parę miesięcy moja recenzja mogłaby być dużo bardziej entuzjastyczna.

      Dzięki za odwiedziny oraz link na blogu i na Facebooku!

  2. Myślę, że po Twojej recenzji, warto zapoznać się z tą platformą, chociażby po to, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Mnie najbardziej ciekawi to, jak wykorzystali filmy do nauki.
    Pozdrawiam

  3. Сhoc mala ilosc komentarzy mnie nie zachecala to jednak zajrzalem na te strone i oto pare slow na jej temat:
    Dzial LEARN- wszystko dosc ciekawe i na wysokim poziomie trudnosci i dlatego nie rozumiem do kogo to ma byc skierowane? Bo do poczatkujacych to chyba nie. Slaba strona to slownik a szczegolnie rozbijanie "frazali" i tlumaczenie kazdej czesci oddzielnie- jesli nie robil tego robot to nie wiem czemu ma to sluzyc.Przeciez kazde dziecko wie, ze " znaczenie wyrazenia frazeologicznego nie jest suma znaczen…" itd itp.
    Dzial TALK- jesli ja dobrze rozumiem to uczestnicy maja rozmawiac zarowno z nativami jak i miedzy soba, wiec gdy to poczatkujacy z roznych krajow na roznych etapach to … niech Pan Bog ma ich w swojej opiece! Bedzie to wymiana bledow na szczeblu miedzynarodowym, np Polak mowi PO angielsku, czyli AFTER English, a Rosjanin NA anglijskom, czyli ON English, jak sobie pogadaja i kazdy sie "czegos nauczy" to Polak bedzie mowic ON Englisz a Ruski AFTER English- przynajmniej beda swiadomi, ze nauczyli sie konstrukcji niewystepujacych w ich jezykach.
    Dzial ENJOY- przejrzalem go pobieznie i nie wnikalem w szczegoly, moge tylko stwierdzic, ze takie materialy powinny byc na wyposazeniu kazdego przedszkola.
    Podsumowujac- kazdy powinien znalezc tam cos dla siebie, ja nie widze zadnego powodu aby trzymac sie kursu jako calosci, z reszta nie wyobrazam sobie na jakim poziomie mialby byc ewentualny kursant. Pozdrawiam!

    1. Dzięki za ciekawe uwagi. Odniosę się tylko do kwestii rozmów między uczniami z różnych krajów. To rzeczywiście nie jest idealna sytuacja i faktycznie można sobie przyswoić w takiej sytuacji sporo błędów. Ale chyba tylko pod warunkiem, że to jest nasze główne źródło wiedzy o języku obcym. Nawet jeśli Polak miałby usłyszeć od Rosjanina kilka razy "I speak on English", to w innych źródłach i materiałach kilkadziesiąt razy przeczyta/usłyszy "I speak English". Przy takiej przewadze frekwencyjnej wygra jednak prawidłowa forma.

      Oczywiście jeśli mamy wybór między native speakerem a uczniem z innego kraju, lepiej (pod względem językowym) nawiązać kontakt z tym pierwszym. Ale daleki jestem od twierdzenia, że z rozmów między uczniami nie może wyniknąć nic dobrego.

    2. Z tym mowieniem na niskich poziomach to oczywiscie zalezy od celu nauki. Jezeli ma im byc umiejetnosc DOGADYWANIA SIE w jezyku obcym to jak najbardziej wszystkie dzialania sa dobre " aby do przodu", aby jak najwiecej praktyki. Tyle tylko, ze umiejetnosc dogadywania sie zwykle zabija chec uczenia sie szczegolow, ktore do dogadywania sie nie sa konieczne. Po co poznawac arcytrudne zasady uzywania angielskich przedimkow czy koncowek polskich przypadkow jesli " ja na skypie bez tego sie dogaduje i dobrze mi idzie"
      A jesli celem jest "zawodostwo" to mozna to porownac do pilki noznej. Zaden dobry trener nie pozwala bardzo mlodym pilkarzom grac na podworku- podworko jest dla amatorow, gdzie " zakorzeniaja sie " bledy, ktore w klubie trzeba niepotrzebnie "wyrywac" zaniast skupiac sie na rozwoju zawodowym, np. podania na pozycje spalona, strzaly w " krotki rog" , zbedne dryblingi, "siatki". Dobry trener nie chce tracic czasu na ciagla walke z "podworkowymi" nawykami lecz czas ten wykorzystywac na wpajanie prawidlowych umiejetnosci, a gdy one po latach wejda w krew, mlodzi pilkarze moga juz dla rozrywki grac gdzie tylko chca- to ich juz nie zepsuje. Podobnie jest z jezykiem- kandydaci na zawodowcow nie powinni "grac na podworku".

    3. Night Hunter – bardzo podoba mi się Twoje porównanie! Mimo wszystko, podobnie jak Janusz, jestem za tym, aby uczniowie od czasu do czasu rozmawiali ze sobą w języku obcym. Jeśli się nie mieszka zagranicą i jeśli nie ma się z różnych powodów dostępu do różnych nativów/nauczycieli to też świetna możliwość przyzwyczajania się do obcego akcentu w języku, którego się uczymy (+oczywiście ćwiczenie mówienia, a nic tak nie motywuje, jak zadowolenie i rozczarowanie własnymi możliwościami). W wielu zachodnich krajach jest mnóstwo obcokrajowców i warto, moimi zdaniem, wiedzieć, jak oni brzmią w "naszym języku obcym". Pamiętam pierwszy 'szok' jak usłyszałam Hindusów mówiących po angielsku – ciężko mi było ich zrozumieć, ale po pewnym czasie się przyzwyczaiłam i teraz jest dużo lepiej. Podobnie było z Rosjanami i osobami anglojęzycznymi mówiącymi po niemiecku – i jedni i drudzy często (chociaż oczywiście nie zawsze!) mają silny akcent i też potrzeba czasu, żeby się do ich wersji niemieckiego przyzwyczaić.

Komentarze zostały zamknięte.