Wyznaczanie celu w nauce języka

czyli po co się uczysz i dlaczego to w ogóle ma znaczenie

Czy zdarzyło Ci się kilkakrotnie podchodzić do nauki języka, mówiąc sobie: „Tym razem nauczę się wreszcie na dobre!”, po to tylko, żeby kilka tygodni albo miesięcy później zapomnieć o swoich wielkich planach i machnąć ze zniechęceniem ręką? Jeśli tak, to jest bardzo prawdopodobne, że brakowało Ci jasno określonego celu. I to nie byle jakiego celu, ale takiego, który by Cię wprawiał w przyjemne podniecenie za każdym razem, gdy o nim pomyślisz. Jeśli chcesz wiedzieć, jak taki cel znaleźć, zapraszam do lektury!

Źródło: Daadi via photopin cc

Pewien człowiek zauważył podczas spaceru robotnika opartego o łopatę.
– Co pan robi? – spytał go z zainteresowaniem.
– Kopię dół – odparł tamten.
Dwadzieścia metrów dalej zauważył innego mężczyznę, tym razem dzierżącego w ręce kilof.
– Co pan robi? – zapytał ponownie.
– Kruszę kamienie – jęknął robotnik, wycierając pot z czoła.
Mężczyzna uszedł jeszcze kawałek i spotkał trzeciego robotnika, taszczącego wór z cementem.
– A pan co robi? – nie ustawał w dociekaniach spacerowicz.
– Ja? – robotnik zatrzymał się, wyprostował i wypiął dumnie pierś. – Ja buduję katedrę!

* * *

Pierwsze pytanie, jakie warto sobie zadać, rozpoczynając naukę języka, brzmi: Po co to robię? Co chcę osiągnąć? Bez jasno określonego celu można sobie poradzić tylko w jednej sytuacji: kiedy uczysz się języka dla samej przyjemności nauki. Nie możesz się doczekać, aż znowu przeczytasz jakiś tekst, nauczysz się nowych słówek, zrobisz ćwiczenie… po prostu dlatego, że te czynności dają ci mnóstwo frajdy. Ja miałem szczęście nauczyć się w ten sposób esperanta – nie wiedziałem, po co to robię i szczerze mówiąc wcale mi to nie przeszkadzało. Po prostu sprawiało mi to przyjemność.

Rzadko się jednak zdarza, żeby udało się osiągnąć jakiś przyzwoity poziom w języku obcym, bazując na samej tylko przyjemności nauki. Wcześniej czy później przychodzi zazwyczaj zmęczenie, zniechęcenie, zwątpienie. Znasz to? Każda myśl o otwarciu książki budzi wstręt, wynajdujesz sobie dziesiątki innych zajęć, żeby się tylko nie zabrać za naukę. W takich chwilach bez dobrego celu ani rusz.

Cele mogą być najróżniejsze. Jedni uczą się, żeby zdać dobrze maturę i dostać się na wymarzone studia. Inni szykują się do wyjazdu za granicę i chcą nauczyć się języka na tyle, żeby nie zginąć w obcym kraju. Niektórzy chcą czytać literaturę fachową po angielsku, żeby się rozwijać zawodowo. Są tacy, którzy nauczyli się języka tylko po to, żeby zrozumieć, o czym śpiewa ich ulubiony zespół. Niektórzy misjonarze uczą się przez wiele lat języków plemiennych, żeby kolejne lata poświęcić na przetłumaczenie na ten język Biblii. Chęć poszerzenia horyzontów, miłość do osoby z innego kraju, pragnienie czytania literatury w oryginale – to wszystko może motywować do nauki.

Czy masz już swój cel? Wiesz dokąd dążysz? Jeśli nie, przerwij teraz czytanie na minutę albo dwie, zamknij oczy i poszukaj odpowiedzi na pytanie: co chcę osiągnąć, ucząc się właśnie tego języka?

W tym miejscu chcę Cię ostrzec przed jednym bardzo ważnym błędem. Otóż Twój cel musi być… Twój. Nie rodziców, nie szefa, nie żony ani koleżanek. To co chcesz osiągnąć, musi być istotne dla Ciebie – inaczej nie będzie Cię motywowało do działania. Jak sprawdzić, czy tak jest? Są dwie proste metody:

  • Zamknij oczy i wyobraź sobie, że osiągnąłeś swój cel. Wyobraź sobie konkretną sytuację – na przykład jak oglądasz bez problemu film w oryginale, jak znajdujesz swoje nazwisko na liście osób, które zdały ważny egzamin, jak rozmawiasz z obcokrajowcem i potrafisz się wyrazić bez uciekania się do rozpaczliwych gestów. Jakie uczucia to w Tobie budzi? Czy czujesz radość, ekscytację, dumę? Jeśli nie, jeśli ta wizja zupełnie Cię nie rusza (a nawet budzi jakieś nieprzyjemne uczucia), oznacza to prawdopodobnie, że ten cel nie wypływa z Twojego wnętrza, ale został Ci narzucony lub zasugerowany przez kogoś innego.
  • Zastanów się, które słowo pojawia Ci się częściej w głowie, kiedy myślisz o nauce języka: „muszę” czy „chcę”? Jeśli to pierwsze, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że chcesz zaspokoić pragnienia innych, nie swoje.

Słowo „muszę” jest bardzo niebezpieczne. Jeśli „musisz” coś robić, to jest naprawdę niewielka szansa, że będziesz to robić z przyjemnością. Pamiętam, jak nie znosiłem w szkole lekcji WF-u. Nigdy nie byłem dobry w sporcie, no ale na lekcje „musiałem” przecież chodzić. Efekt był taki, że aktywność fizyczna przez długi czas kojarzyła mi się tylko z przykrym obowiązkiem, którego w swoim wolnym czasie unikałem jak tylko mogłem. Kilka lat po maturze coś mnie skłoniło, żeby spróbować biegania – nie dlatego, że ktoś mi kazał, ale dlatego, że odczułem wewnętrzne pragnienie zadbania o swoje zdrowie. I wiesz co? Okazało się, że ruch może być naprawdę fajny. Przez dobrych kilka miesięcy biegałem regularnie, przez nikogo nie przymuszany, bo sprawiało mi to autentyczną przyjemność. Odczarowałem sport.

Dlaczego  słowo „musieć” piszę w cudzysłowie? Bo tak naprawdę uważam, że do niczego w życiu nie jesteśmy zmuszeni. W każdej sytuacji mamy wybór (wprawdzie ograniczony okolicznościami zewnętrznymi, ale jednak) i możemy zachować się tak, jak chcemy. Jedyne, o czym musimy pamiętać, to że z każdym naszym wyborem wiążą się określone konsekwencje. Jeśli pracujesz jako kasjer w banku i ktoś przystawi Ci do głowy pistolet, wcale nie musisz dawać mu wszystkich pieniędzy. Możesz przecież odmówić. Co się wtedy stanie? Istnieje ryzyko, że stracisz życie. Nie podoba Ci się taka konsekwencja? To daj rabusiowi to, o co prosi – ale nie upieraj się, że musiałeś. Nic nie musiałeś, wybrałeś. Wybrałeś życie, które najwyraźniej jest dla Ciebie większą wartością niż pochwalny artykuł, który ukazałby się w lokalnej gazecie w przypadku Twojej śmierci, i dozgonna wdzięczność dyrektora banku.

Na szczęście w przypadku nauki języków obcych rzadko stajemy przed tak poważnymi wyborami. „Musimy” nauczyć się angielskiego, żeby awansować w pracy albo żeby jej nie stracić. „Musimy” uczyć się języków w szkole, bo chcemy przejść do następnej klasy, zadowolić rodziców albo dostać dobrą ocenę na maturze. Jeśli wydaje Ci się, że z jakiegoś powodu musisz się nauczyć języka, zastanów się, co się stanie, jeśli tego jednak nie zrobisz. Jakie będą konsekwencje, jeśli mimo wszystko zrezygnujesz z nauki. Jeśli będziesz ze sobą szczery, odkryjesz jedną z dwóch rzeczy:

  • Nauka języka tak naprawdę prowadzi Cię do czegoś, co jest dla Ciebie ważne. Na przykład: zależy Ci na awansie, ponieważ potrzebujesz dodatkowych pieniędzy, żeby utrzymać powiększającą się rodzinę. W takim wypadku przeformułuj swój cel: Nie muszę się uczyć, ale chcę to zrobić, ponieważ zależy mi na mojej rodzinie, a nauka języka pozwoli mi zabezpieczyć ją finansowo. Jeśli mimo wszystko myśl o nauce języka napawa Cię wstrętem, możesz poszukać innych sposobów zrealizowania tego celu. Może przedyskutujesz z szefem inne warunki awansu? Zmienisz pracę? Założysz własną firmę? Ograniczysz wydatki? Przeprowadzisz się do mniejszego mieszkania albo tańszego miasta?
  • Być może dojdziesz jednak do wniosku, że tak naprawdę rezygnacja z nauki nie pociągnie za sobą żadnych poważnych konsekwencji. Żadna z rzeczy, które są dla Ciebie ważne, na tym nie ucierpi. Co wtedy? Moim zdaniem odpowiedź jest oczywista – zapomnij o tym! Poświęcać setki czy nawet tysiące godzin na robienie czegoś, co ani nie sprawia Ci przyjemności, ani nie prowadzi Cię do czegoś dobrego? Po co?

Określanie celu może wydawać się męczące, ale zachęcam, żebyś spróbował. Pozwoli Ci to zaoszczędzić dużo frustracji i zniechęcenia w przyszłości.

I na koniec: skoro odkryłeś już swój cel – zapisz go i umieść go w jakimś widocznym miejscu, gdzie często będziesz na niego natrafiał. Jeśli masz trochę więcej czasu, zachęcam Cię do stworzenia barwnego kolażu, który będzie przemawiał do Twojego mózgu o wiele skuteczniej niż słowa (pod tym linkiem znajdziesz dwa filmiki ilustrujące, jak taki kolaż wykonać na komputerze). Cele warto sobie przypominać regularnie, a szczególnie w trudnych momentach, kiedy ochota do działania oscyluje gdzieś w granicach zera. A zapewniam Cię, że takie chwile prędzej czy później nadejdą – nawet jeśli teraz tryskasz entuzjazmem i jedyne, o czym marzysz, to nauka!

Zachęcam Cię, żebyś podzielił się swoim językowym celem w komentarzu. Będzie bardzo inspirujące zobaczyć, co popycha do działania różne osoby!

10 komentarzy

  1. Jako że uwielbiam uczyć się języków obcych, to moim celem jest osiągnięcie danego poziomu. Oczywiście nie wszystkie języki, które znam (i dopracowuje) lub te nowe traktuje tak samo. W niektórych wystarczyłyby mi podstawy, podczas gdy inne chcę zgłębiać na poziomie zaawansowanym. Moje cele na wakacje to opanować hiszpański przynajmniej do poziomu A2, w portugalskim dopracować poziom B1 i ruszyć dalej, a w angielskim praca nad słownictwem na poziomie C1 i C2.

    1. Dzięki za komentarz. Czyli – jeśli dobrze rozumiem – dla Ciebie celem jest satysfakcja z osiągnięcia konkretnego poziomu, a dodatkowo radość, jaką czerpiesz z samego procesu nauki, tak?

    2. Dokładnie tak. Cieszy mnie oczywiście możliwość komunikacji, rozumienia języka i kultury, sam proces nauki. Ale z drugiej strony lubię, kiedy efekt "jest w jakimś sensie mierzalny".

    3. Dobrze to rozumiem. Swoją drogą, taka "mierzalność" to ważna cecha dobrze zdefiniowanego celu. No bo co mi po celu, skoro nie jestem w stanie stwierdzić, czy już do niego dotarłem, czy jeszcze długa droga przede mną?

  2. Moje językowe cele? od zawsze, a napewno od 16 lat mam styczność z angielskim. zupełnie naturalnym się stało, że jako pierwszy język którego miałam przyjemność się uczyć – został praktycznie na stałe. i nigdy nie zastanawiałam się nad jego celem…

    Inaczej było z niemieckim – tutaj celem była i jeszcze długo będzie, możliwość 'normalnego' życia i pracy (emigracja). Nigdy wcześniej nie miałam z nim kontaktu, i z wielką niechęcią zaczynałam naukę (te szkolne stereotypy). Okazał się językiem bardzo logicznym, przychodzącym często dużo łatwiej niż angielski (o ironio!). Uczę się zaledwie parę miesięcy, i ciągle się w nim dopiero rozwijam, a mimo to ludzie dookoła są pod wrażeniem, więc chyba nie jest tak źle?

    Francuski miałam w liceum i nie znosiłam go aż do pierwszej wycieczki do Paryża. Pokochałam na zabój, i choc bardzo zaniedbałam, wiem, że ponownie osiągnę poziom B2, a może nawet lepiej?

    Hiszpański to wspomnienia. Wakacje życia i fantastyczni znajomi. Kocham ten kraj, tych ludzi, to słońce i ten język!

    Poza tym w dalszych celach mam języki skandynawskie (chyba przez miłość do Finlandii i jednego Fina) a za nimi wzmożoną chęć nauki rosyjskiego z tym ich 'pokręconym' alfabetem 🙂

  3. Bardzo trafna anegdota już na początku artykułu. Jeśli ktoś potrafi wyznaczyć cel w jakiejś innej dziedzinie, to z nauką języka także nie powinien mieć problemów. Podobnie sukces w nauce języka może przyczynić się do kolejnych w innych aspektach życia.
    Podoba mi się także szczegółowe wyjaśnienie różnicy między "muszę" i "chcę". To naprawdę kluczowe.
    Kiedyś napisałam artykuł o powodach nauki języka norweskiego. Myślę, że to pokazuje, że ilu ludzi, tyle powodów.

  4. 'Ja miałem szczęście nauczyć się w ten sposób esperanta – nie wiedziałem, po co to robię i szczerze mówiąc wcale mi to nie przeszkadzało. Po prostu sprawiało mi to przyjemność.' Ten fragment mnie urzekł. Właśnie to samo czuję. Pojęcia nie mam po co mi norweski, ale cieszy jak żaden inny język. Odnoszę wrażenie, że rzeczy, które przyszły do nas same i bez konkretnej przyczyny są właśnie najcenniejsze. Gdyby nie były dla nas to nigdy byśmy się nimi nie zainteresowali.

    1. Gratuluję stanu "zakochania" w norweskim! To niesamowicie uskrzydla i motywuje do nauki, oby trwał jak najdłużej 🙂

Komentarze zostały zamknięte.